Od pół roku byłam na bezrobociu. To nie tak długo, szczególnie jak na polskie warunki, ale też nic przyjemnego. Z nową pracą jest zawsze ciężko, a jak się jest kobietą po czterdziestce – to już podwójnie. Kiedy więc usłyszałam od znajomej o unijnej dotacji na założenie własnej działalności, od razu się tym zainteresowałam – Elżbieta Suchecka z Witnicy, małego 7-tys. miasteczka położonego 20 km od Gorzowa, opowiada z ogromną pasją. Skorzystała w 2010 r. z Kapitału Ludzkiego działanie 6.2.1, nazwanego wtedy „Dawniej pracownik, dzisiaj pracodawca”. – Trzeba było oczywiście spełnić konkretne wymogi, w tym stracić pracę w wyniku redukcji stanowiska lub likwidacji zakładu, potem były test, rozmowa kwalifikacyjna i dwa szkolenia – opowiada i podkreśla, że już na samym początku w ankiecie trzeba było przedstawić pomysł na konkretny biznes. – Ja od zawsze lubiłam rzemiosło, a konkretnie biżuterię, miałam w tym kierunku uzdolnienia i wreszcie postanowiłam je zrealizować – dodaje.

Szkolenia trwały ponad 170 godzin plus kilka kolejnych przeznaczonych na doradztwo indywidualne i stworzenie biznesplanu. – Uczono nas podstaw kodeksu pracy, cywilnego, pozyskiwania dotacji, strategii marketingu, obsługi komputera, w tym Excela, samodzielnego księgowania. Nas, bo grupa była kilkuosobowa i trzeba przyznać, że dla części osób to nie było nic nowego, ale ja się bardzo dużo nauczyłam. I do dziś wszystko to bardzo mi się przydaje – wspomina Suchecka.

Cały tekst Sylwii Czubkowskiej i Klary Klinger o tym, jak dotacje unijne zmieniły życie przedsiębiorczych, przeczytasz w elektronicznym wydaniu Magazynu DGP >>>