Polska spóźnia się z przyjęciem ustawy o odnawialnych źródłach energii (OZE), ale prace wreszcie nabierają tempa. W piątek dokument z Ministerstwa Gospodarki trafił do ostatecznych konsultacji międzyresortowych. Chcemy uchwalić tę ustawę do końca roku, tak żeby weszła w życie od 1 stycznia 2013 r. – zapowiada Mieczysław Kasprzak, wiceminister gospodarki.

Zdaniem przedstawicieli branży nowa ustawa jest rewolucyjna. Przede wszystkim z powodu ograniczenia wsparcia dla OZE, odebrania gigantycznych dopłat wielkim elektrowniom współspalającym biomasę z węglem oraz promowania mikroźródeł energii.

Jak policzył resort kierowany przez Waldemara Pawlaka, dzięki nowej ustawie oszczędności na dopłatach dla producentów zielonej energii już w 2013 r. sięgną 700 mln, a do 2020 r. wyniosą łącznie ok. 9,7 mld zł. W tym czasie na wsparcie OZE zostanie przeznaczone ponad 50 mld zł. Ta gigantyczna kwota ma pomóc Polsce uniezależnić gospodarkę od energii wytwarzanej dziś w ponad 90 proc. z węgla, który w Unii Europejskiej obłożony jest podatkiem klimatycznym.

Dokument został dobrze przyjęty przez większość branży głównie dlatego, że ustawa zakłada „niezmienność zasad” przez cały okres wsparcia instalacji OZE, co jest ważne z punktu widzenia finansowania inwestycji. Z wyjątkiem współspalania biomasy z węglem, gdzie jest to 5 lat, okres wsparcia wynosi 15 lat. Projekt zakłada też zachowanie dotychczasowych zasad wsparcia dla działających instalacji OZE.

Ograniczenie wsparcia dla współspalania uderzy w interesy wielkich elektrowni. Zyski najbardziej spadną w takich koncernach, jak GDF Suez czy EDF. Obaj francuscy giganci, do których w Polsce należą elektrownie Połaniec i Rybnik, ostro sprzeciwiali się obcięciu dotacji. Jeśli wspomogą ich szefowie polskich koncernów, którzy także na niej zarabiają, wszystko jest jeszcze możliwe. Część osób z branży mówi o możliwości wniesienia poprawki do projektu ustawy o OZE przez Ministerstwo Skarbu Państwa, które nadzoruje kontrolowane przez państwo grupy energetyczne.

Resort gospodarki na razie jest nieugięty. Janusz Pilitowski, kierujący departamentem OZE, przypomina, że obecnie funkcjonujący system wsparcia obowiązuje do 2017 r., a więc 5-letni okres dopłat dla instalacji spalania wielopaliwowego nie powinien być podstawą roszczeń z tytułu pozbawienia praw nabytych.

Rząd jedną ręką zabiera wielkim elektrowniom, ale drugą oferuje wsparcie najmniejszym producentom prądu. Dziś dla przeciętnego Kowalskiego to zajęcie nieopłacalne. Uproszczenie procedur – m.in. zniesienie obowiązku prowadzenia działalności gospodarczej oraz opłat przyłączeniowych wraz z gwarancją odkupienia nadwyżek energii przez sprzedawców energii po z góry ustalonej cenie, ma pomóc w gwałtownym rozwoju tzw. prosumenckiej energetyki. Ministerstwo Gospodarki zaplanowało, że w latach 2013 – 2020 na kupowanie energii wytworzonej z małych wiatraków, paneli słonecznych i biogazowni przeznaczy blisko 1,4 mld zł. Resort chce w ten sposób promować energetykę rozproszoną, opartą na tysiącach niewielkich instalacji energetycznych w przydomowych ogródkach.

Ministerstwo Gospodarki chce także wprowadzenia zerowej stawki VAT na zakup małych kotłów biomasowych. Resort nie wyklucza nawet dopłat do zakupu zielonego paliwa. Wątpliwe jest jednak, żeby zgodę na to wydał Jacek Rostowski, minister finansów. Zwłaszcza że jak pokazują obliczenia resortu gospodarki, z powodu ulg na zakup kotłów wpływy budżetu spadłyby do 2020 r. łącznie aż o 2,1 mld zł, a wsparcie na zakup biomasy wynikające z redukcji stawki VAT do 8 proc. kosztowałoby budżet ponad 800 mln zł.