Każdy ubezpieczony powinien mieć wybór, gdzie ulokować pieniądze ze składki do OFE. Chcę deregulacji, bo tylko rynek narzuci konkurencję – powiedziała wczoraj minister pracy Jolanta Fedak.

Zapowiedziała, że zgłasza w tej sprawie poprawkę do rządowego projektu ustawy. W ramach obowiązkowej części systemu emerytalnego Polacy mogliby zdecydować, czy oszczędzać w OFE, czy na lokacie bankowej, kupując obligacje skarbowe lub inne produkty finansowe.

Decyzja jak przy kredycie

Do tej pory eksperci wykluczali jakąkolwiek dobrowolność. Profesor Marek Góra przypominał m.in., że część Polaków nieracjonalnie lokowała pieniądze w TFI w czasie szczytu hossy, a potem je straciła.

– OFE w bessie też potraciły, i to blisko 20 proc. w rok – ripostuje Fedak.

Dodaje, że Polacy coraz lepiej poruszają się na rynku finansowym i lokując oszczędności, uczą się na błędach. W porównaniu z kredytami oszczędności w OFE często nie są aż tak wielkie.


Jak sprawdził „DGP”, średnia składka przekazywana OFE to teraz 172 zł, a po planowanej przez rząd obniżce spadnie do ok. 55 zł. W porównaniu z ratami kredytów mieszkaniowych zaciąganych na 30 – 40 lat i pochłaniających często połowę płacy, a nie 2,3 proc., to nie aż tak wiele.

– Polacy wreszcie będą mieli wybór, a przez to i wpływ na to, jakie są opłaty i jakie wybierają ryzyko. Moje apele do OFE o obniżkę opłat nie zadziałały – twierdzi minister Fedak.

Zalety pomysłu dostrzega prof. Leokadia Oręziak ze Szkoły Głównej Handlowej, zwolenniczka nacjonalizacji OFE. Uważa ona, że Polski na ten system nie stać.

– Zgodnie z unijną dyrektywą MiFID II każda osoba zakładająca rachunek w TFI czy domu maklerskim jest szczegółowo informowana o ponoszonym ryzyku związanym z inwestycją i może wybrać, czy na nie się godzi. Tylko w OFE klienci tego prawa nie mają – mówi prof. Oręziak.

Pomysł podoba się związkom zawodowym, ale PO raczej go nie poprze. Sposób rozumowania minister pracy podważają natomiast towarzystwa emerytalne.

– Skoro mówimy o prawdziwym wyborze i wolnym rynku, dajmy ludziom wolną rękę w inwestowaniu całej składki, czyli 19,52 proc. płacy – mówi „DGP” Grzegorz Chłopek, wiceprezes ING PTE, zarządzającego największym OFE na rynku. Taki krok oznaczałby koniec ZUS.


Zawiesić wypłaty do OFE

Co na to inni członkowie rządu? Minister Rostowski z zastępcami był wczoraj w Brukseli. Dziś podczas posiedzenia rady unijnych ministrów finansów ma tłumaczyć, jak chce zejść z deficytem finansów publicznych. Michał Boni, odpowiedzialny za zmiany w OFE, był wczoraj nieuchwytny, ponieważ zmiany w systemie emerytalnym negocjował ze związkami zawodowymi.

Jednak w kręgach rządowych zaczyna się mówić o tym, że ograniczenie transferów do FE do 2,3 proc. może nie wystarczyć, by uniknąć przekroczenia 55-procentowego progu ostrożnościowego. Im dłużej zmiany nie wchodzą w życie, tym bardziej narasta dług – średnio o 1,8 – 2 mld zł miesięcznie. Członkowie Rady Gospodarczej premiera mówią nawet o zawieszeniu wypłat do OFE.

Co planuje rząd

Zgodnie z konsultowanym obecnie projektem zmian w ustawie o funduszach emerytalnych od 1 kwietnia, a najpóźniej 1 maja składka przekazywana do OFE ma spaść z 7,3 proc. do 2,3 proc. płacy. O wyborze instytucji, do której te 2,3 proc. miałyby trafiać, nie ma mowy. Obcięte OFE 5 proc. składki przekazywane będzie na specjalne subkonto w ZUS. Zmienione zostaną limity inwestowania przez fundusze na giełdzie – stopniowo z obecnych 40 proc. do 62 proc. w 2020 r. Oznacza to, że właściwie wszystkie nowe składki mogłyby być lokowane na giełdzie. Ustawa wprowadza też nową formę dodatkowego oszczędzania – indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego. Składki na nie, w określonych limitach, można byłoby odliczyć od podatku.

Projekt firmowany przez Michała Boniego nie zawiera rozwiązań innych kluczowych kwestii jak powołanie bezpiecznego funduszu dla osób zbliżających się do wieku emerytalnego czy zasad wypłaty emerytur z kapitałowej części systemu emerytalnego. OLA