Skomplikowane procedury sprawiają, że program Leader jest porażką Ponad kilkaset milionów euro z unijnego funduszu Leader miało trafić do mieszkańców polskich wsi. Zamiast tego leżą bezużytecznie na kontach Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. Dostępu do nich skutecznie broni polska biurokracja.

Z ponad 787 mln euro do tej pory wypłacono zaledwie nieco ponad 178 mln zł. Do najbardziej zainteresowanych, czyli mieszkańców wsi, którzy chcą samodzielnie podjąć jakąś pozarolniczą działalność, trafiło niespełna 10 proc. tej sumy. To znaczy zostało przyznanych, bo na wypłaty z powodu długich procedur w większości przypadków wciąż jeszcze trzeba czekać.

Fundusz Leader to unijny pupilek. Ma za zadanie przyczynić się do ożywienia wsi, do zaktywizowania jej mieszkańców, aby tworzyli produkty czy usługi nierolnicze. Ma też nauczyć ich wychodzenia z inicjatywą. – To miał być program dla tych, którzy są przerażeni, że aby coś dostać, trzeba najpierw napisać wniosek, samemu się o to postarać. Miało skończyć się przyzwyczajenie, że ktoś przychodzi i daje pieniądze i teraz ludzie mieli zrobić coś sami – opowiada Krzysztof Kwatera, trener programu Leader. I podaje przykład: gospodynie z wiejskiego koła przyzwyczajone są do tego, że dom kultury zaprosi je na festyn, one upieką placek, zatańczą, a potem ktoś wypłaci im pieniądze. Teraz gospodynie miałyby same wymyślić, że upieką placek, zatańczą, a potem napisać wniosek i w ten sposób zdobyć pieniądze.

Dobra fińska droga

Fenomen Leadera polega na tym, że pieniądze mają trafiać nie tylko do samorządów czy instytucji, ale także do małych stowarzyszeń czy kół, a nawet do pojedynczych ludzi, którzy znajdą cel do realizacji w swojej okolicy. W innych krajach unijnych, na przykład w Finlandii, Portugalii czy Austrii procedura jest taka, że we wsi zostaje ogłoszony konkurs, zainteresowani składają wnioski, a tym, którzy wygrają, wypłaca się pieniądze. Całość organizuje i wypłaca instytucja, której polskim odpowiednikiem jest lokalna grupa działania (LGD), czyli złożony z mieszkańców gminy czy powiatu pośrednik między funduszem, a tymi, którzy chcą skorzystać z pomocy. W Polsce sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana i najeżona przeszkodami.

W Polsce system jest oparty na złożeniu wniosku. – Jest tak skomplikowany, że problemy z jego wypełnieniem może mieć nawet specjalista od funduszy unijnych, a co dopiero koło gospodyń wiejskich czy ochotnicza straż pożarna, która chce dostać pieniądze na dofinansowanie festynu – mówi Mirosław Stepaniuk z Lokalnej Grupy Działania „Puszcza Białowieska” w Hajnówce. Wnioski wypełnia się w programie komputerowym Excel. Nie dość, że odstraszają ilością rubryk do wypełnienia, to sam dokument jest źle przygotowany. – Tekst się sypie, rubryki się przestawiają, trzeba kombinować, kopiować, żeby wszystko było w odpowiednim miejscu – wylicza Tomasz Pietrek z LGD „Spichlerz Śląska”, gdzie pieniędzy z funduszu Leader nie dostał w tym roku jeszcze żaden wnioskodawca. Puentuje: – Ludziom opadają skrzydła.

Drobiazgowe urzędy marszałkowskie

Wypełnione wnioski są składane do LGD, a stamtąd po pierwszej selekcji wędrują do urzędów marszałkowskich. I tu zaczyna się szczegółowa weryfikacja wniosków. Nasi rozmówcy skarżą się, że kompetencje urzędów w tej sprawie są tak niejasno określone, że urzędnicy podejmują decyzje uznaniowo. Przykłady podają pracownicy LGD, z którymi rozmawialiśmy. Opowiadają o ludziach, którzy zadeklarowali we wniosku, że do organizacji biura kupią 12 ryz papieru. Już po złożeniu wniosku znaleźli tańszego dostawcę. Pieniędzy starczyło im na 14 ryz. Ale że zadeklarowali dwanaście, urząd na dwie kolejne nie dał pieniędzy i wypłacił mniej środków.

Mieszkańcom innej wsi urząd zakwestionował zakup sprzętu komputerowego, choć najem byłby droższy. Jeszcze innym zakwestionował nagrody w konkursie kulinarnym. A ponieważ konkurs już się odbył, wyszło na to, że koło gospodyń wiejskich samo sfinansowało zakup pralki. – Bardzo dużo małych stowarzyszeń wycofuje się, widząc liczbę i stopień trudności poprawek, nie mają etatowych pracowników, poświęcają na to własny czas, nie chcą sobie „uatrakcyjniać” pracy – opowiada pracownica jednej z LGD.

Na rozpatrzenie wniosku urząd marszałkowski ma 3 miesiące. Jeżeli ma jakieś wątpliwości, może przedłużyć ten czas o kolejne 3 miesiące. Dodając terminy zarezerwowane dla innych instancji, gospodynie, które chcą zorganizować festyn w lipcu, muszą wyłożyć własne pieniądze, bo pomoc dostaną w grudniu. A ponieważ często zdarza się, że urząd zmniejsza kwotę refundacji, efekt jest taki, że program, który miał zachęcać ubogich często mieszkańców wsi do działania, odstrasza ich od wszelkiej aktywności.

Rozczarowanie

– Ten program miał być odświeżeniem brukselskiej biurokracji, a z jej powodu tonie – mówi z goryczą Krzysztof Kwatera. Specjaliści o uśmiercanie ducha przedsiębiorczości na polskiej wsi obwiniają Ministerstwo Rolnictwa. Ministerstwo w napisanym urzędowym skomplikowanym językiem mailu do redakcji „DGP” tłumaczy się wymogami unijnymi. Zauważa, że służy doradztwem przy wypisywaniem wniosków. Jednak ci, którzy pamiętają pierwsze szkolenia na temat funduszu Leader, wspominają jego główne założenia, które im wtedy wpajano: „Leader to zejście jak najniżej, do konkretnych sołectw, do ludzi, którzy nie są w stanie jeździć daleko po urzędach”.