Ministerstwo Gospodarki ocenia, że polskie firmy tylko w ciągu pierwszego roku współpracy z ESA mogą zarobić kilkadziesiąt milionów dolarów. Pewne jest jednak, że w następnych latach te kwoty będą rosnąć.

Jak na razie w Polsce nad technologiami kosmicznymi pracuje około 50 osób skupionych w Centrum Badań Kosmicznych (CBK). To niemal tyle co nic. W Europie w kosmonautyce zatrudnionych jest 40 tys. osób. Roczne wydatki naszego kraju na ten sektor nie przekraczają 6 mln euro, podczas gdy w porównywalnej Hiszpanii co roku budżet państwa przeznacza na ten cel 250 mln euro. Co ciekawe, w czasach gdy Polska wysyłała na orbitę własnego astronautę, Hiszpanie nie wydawali na kosmonautykę ani jednego peso.

Na szczęście umowa z ESA na nowo otwiera przed naszym krajem przestrzeń kosmiczną. Polska zdobędzie prawo uczestnictwa we wszystkich programach Agencji jako partner naukowy, technologiczny i przemysłowy. Oznacza to, że o kontrakty związane z biznesem kosmicznym - według ocen CBK - będzie się mogło teraz ubiegać 25 dużych oraz kilkaset małych i średnich firm. Największe szanse, by znaleźć się w tej grupie, będą mieli niektórzy producenci lotniczy, np. WSK PZL Rzeszów, WSK Świdnik, PZL Mielec i około 60 innych firm z tzw. doliny lotniczej na Podkarpaciu. "Nasz przemysł może z powodzeniem produkować części do rakiet wynoszących satelity w kosmos" - uważa Marek Banaszkiewicz, dyrektor Centrum Badań Kosmicznych, który pośredniczy w kontaktach Polski z ESA. A jest o co walczyć. Roczna wartość światowej sprzedaży sprzętu kosmicznego sięga 5 mld euro. Szef CBK idzie jednak dalej i przekonuje, że polskie zakłady są w stanie własnymi siłami zbudować nawet satelitę. W jego ocenie zajęłoby to najwyżej trzy lata pracy, a całość kosztowałby około 15 mln euro.

Uczestnictwo w pracach ESA to nie tylko szansa dla biznesu związanego z badaniem kosmosu. O kontrakty będą mogły się ubiegać także firmy optyczne, programistyczne oraz zajmujące się nawigacją i obserwacjami satelitarnymi. Zdaniem Marka Banaszkiewicza, w Polsce jest bardzo wiele przedsiębiorstw na tyle zaawansowanych technologicznie, że mogłyby w ciągu roku, dwóch uruchomić produkcję kosmiczną, jeśliby tylko otrzymały takie zlecenia.

"Jest to biznes bardzo rentowny. Najlepiej opłacane są kontrakty związane z satelitami telekomnikacyjnymi. Równie dobrze można zarobić na rynkowych usługach nawigacji satelitarnej oraz na obserwacji ziemi, za którą płaci wojsko lub np. służby ochrony przeciwpowodziowej" - ocenia Banaszkiewicz. Wtóruje mu Paweł Pocyljusz, wiceminister gospodarki odpowiedzialny za współpracę z ESA, według którego umowa z Agencją została podpisana w bardzo korzystnym dla nas momencie. "Właśnie teraz UE i ESA kończą pracę nad wspólną wizją europejskiej polityki kosmicznej" - mówi.

Dla polskich firm oznacza to tyle, że już wkrótce ESA uruchomi nowe programy badawcze, o udział w których będą mogły starać się także polskie firmy. Ponadto umowa z Agencją jest bardzo dobrym otwarciem dla współpracy naukowej. CBK uzyska oficjalny dostęp do europejskich technologii i projektów takich jak Galileo, systemu nawigacji satelitarnej czy budowy statku transportowego ATV o osiągach podobnych do rosyjskiego Progressu. Do tej pory takich możliwości polskie ośrodki nie miały.

Specjaliści są zdania, że już w tej chwili w branży kosmicznej jest miejsce dla 2 tys. naszych fachowców i kilkuset firm. By im się jednak udało, potrzebna jest też decyzja polityczna. Podobnie jak w wypadku atomistyki musimy wiedzieć, czy poważnie traktujemy tę dziedzinę gospodarki - zapowiada DZIENNIK.