Dariusz Styczek: Dane o skali spadku produkcji przemysłowej w listopadzie są szokujące. Co się stało?
Stanisław Gomułka*: Po spadku produkcji w październiku można było spodziewać się słabych wyników w listopadzie. Świadczą one, że mamy do czynienia z bardzo dużym spowolnieniem gospodarczym, które najbardziej dotknęło branże produkujące na eksport - motoryzacyjną czy meblarską. Można powiedzieć, że poprzez te branże do naszych drzwi puka recesja.

Ale nikt się nie spodziewał kryzysu na taką skalę, zwłaszcza w Polsce.
Owszem, chociaż wiedzieliśmy, że kryzys do nas przyjdzie. W USA recesja trwa prawie od roku, w Europie od sześciu miesięcy. Tego należało się spodziewać ze względu na bardzo duże uzależnienie naszego kraju od eksportu do tych dwóch obszarów.

Czy sytuacja jeszcze się pogorszy?
Przewiduję, że w pierwszym kwartale przyszłego roku wzrost produkcji będzie oscylować między 0 a 5 proc., natomiast wzrost PKB będzie między 0 a 3 proc. Zatem będziemy balansować na granicy recesji.

To oznacza, że firmy będą plajtować?
Na razie bankructw bym się nie spodziewał. Trzeba się jednak liczyć z silnym spadkiem produkcji i zatrudnienia. Poza tym maleć będzie zyskowność firm. Nie będzie jednak szoku, ponieważ sytuację amortyzują: osłabienie złotego, korzystne dla eksporterów, czy spadek cen surowców. Poza tym plajty są rzeczą normalną. Co roku bankrutuje ok. 25 proc. firm, ale zwykle są to małe biznesy zatrudniające do pięciu osób.

Co będzie z bezrobociem?
Zamiast wzrostu zatrudnienia w przyszłym roku, jak przewidywał rząd, będziemy mieli do czynienia ze skokiem bezrobocia o niemal 2 - 3 proc. Dalsze konsekwencje to niższy wzrost płac, niewiele ponad inflację, czyli około 4 - 5 proc., zamiast 10 proc. jak w tym roku.

A czy kryzys w motoryzacji, a być może później w innych branżach, nie zagraża coraz większej części gospodarki?
Oczywiście, że zagraża. Jego rozsadnikiem jest teraz motoryzacja, ale potem dojdą inne branże, głównie te żyjące z eksportu - meblarstwo i przemysł maszynowy. One mogą zainfekować kryzysem przemysł drzewny, precyzyjny, tworzyw sztucznych, metalowy i tak dalej.

Kiedy gospodarka osiągnie dno?
Sądzę, że będzie to na przełomie II półrocza 2009 i początku 2010 r. W pierwszych sześciu miesiącach przyszłego roku popyt i konsumpcja wewnętrzna jeszcze wzrosną, ale w drugiej połowie roku będą już w granicach zera. Mało tego, zaczną nam spadać inwestycje, drugie najważniejsze dla naszej gospodarki koło zamachowe gospodarki, obok konsumpcji. Inwestycje mogą spaść nawet o 10 proc.

Co może w takiej sytuacji robić rząd?
Bardzo niewiele, ponieważ nasza gospodarka dozna szoku z zewnątrz. Przyczyną naszych kłopotów jest recesja za granicą, tamtejszy lecący na łeb na szyję popyt konsumpcyjny. Dlatego podtrzymywanie przez rząd popytu wewnętrznego nie ma sensu, nic nam nie da. Przynajmniej przez najbliższe miesiące. Rząd musi przede wszystkim jak najszybciej uruchomić gwarancje kredytowe zawarte w pakiecie antykryzysowym. Kluczem jest poluzowanie warunków przyznawania takich gwarancji. W innym przypadku one fizycznie będą, ale przedsiębiorstwa nie będą w stanie z nich skorzystać.

A czy obniżka stóp procentowych może dać jakieś efekty?
Rada Polityki Pieniężnej z pewnością będzie dalej obniżać cenę pieniądza, i z tego Polacy powinni się cieszyć. Podobnie jak z obniżek stóp w Szwajcarii czy w strefie euro, ponieważ posiadacze kredytów we frankach szwajcarskich czy euro będą płacili niższe raty.

Czy kryzys gospodarczy dotknie przeciętnego Polaka?
Tych, którzy nie stracą pracy, w bardzo niewielkim stopniu. Powiem przewrotnie. Jeśli nie będziemy rezygnować z naszych planów zakupowych czy inwestycyjnych, a gospodarstwa domowe nadal będą wydawać śmiało pieniądze na konsumpcję, tym mniejsze będą nasze problemy z recesją.

*Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów i główny ekonomista Business Centre Club (BCC)