Jak podsumowałby pan półrocze rządu?
Widzę ogromną zmianę stylu, co jest dobrze odbierane przez opinię publiczną. A to dowód, że Polakom nie podoba się wykorzystywanie i tworzenie podziałów społecznych do utrzymywania się przy władzy i tworzenie w tym celu wyimaginowanych wrogów zewnętrznych i wewnętrznych.

Rząd Tuska ma rzeczywiście lepszy PR niż poprzedni. Czy jednak nie dzieje się to kosztem realnych działań?
Nadchodzi decydujący test dla rządu. Oczekuję przyśpieszenia działań w sferze prywatyzacji, deregulacji, załatwienia sprawy przywilejów emerytalnych, naprawy finansów naszego państwa.

Czy odejście wiceministra Gomułki z Ministerstwa Finansów było dla pana złym znakiem, jeśli chodzi o reformy?
Tak się składa, że znam od lat i cenię zarówno Stanisława Gomułkę, jak i ministra Jacka Rostowskiego – obaj są świetnymi ekonomistami. Nie przesądzałbym więc, że odejście Stanisława Gomułki zniweczy plan reform. Wiceminister zasygnalizował pewien problem, jednak przede wszystkim kształt budżetu pokaże, czy miał rację.

Prof. Gomułka narzekał, że wszystkie śmielsze inicjatywy utykają w kancelarii premiera. A jak pan ocenia całościowo reformę finansów?
To, czy prof. Gomułka ma rację, pokażą najbliższe miesiące. Po pierwsze, zobaczymy, czy parlament przyjmie ustawę o wcześniejszych emeryturach. Po drugie, dużo powie projekt przyszłego budżetu. Nie chce dołączać do głosów pospiesznej krytyki – chcę poczekać na konkrety. Ale będę zdziwiony, jeżeli budżet będzie odbiegał od założeń programu konwergencji. Byłbym zdziwiony znacznym wzrostem wydatków państwa i nie zrealizowaniem planów prywatyzacji. To by oznaczało, że przedsiębiorstwa dalej zostaną w rękach państwa pod kontrolą polityczną. A prowadzi to do takich absurdów, że w Polsce zaczyna brakować węgla. Opanowane przez związki zawodowe państwowe spółki węglowe nie są w stanie zapewnić wydobycia na odpowiednim poziomie. To tak jak w dowcipie, że gdyby socjalizm wprowadzić na Saharze, wkrótce zabrakłoby piasku. Pojawia się też problem, czy energetyka – dotąd głównie państwowa – zapewni Polsce dostateczne dostawy energii elektrycznej.

Czy do reformy finansów potrzebne jest stanowisko pełnomocnika, jak proponował prof. Gomułka?
To kwestia techniczna – po pierwsze potrzebna jest determinacja nie tylko Ministerstwa Finansów, ale także całego rządu i układu politycznego. Wkrótce okaże się, czy tak w istocie jest.

Premier Pawlak powiedział w wywiadzie dla Faktu, że problemy finansów państwa i gospodarki rząd chce rozwiązywać poprzez zwiększenie liczby pracujących, a nie oszczędności. Czy to słuszny kierunek?
Z tym pierwszym na pewno mogę się zgodzić. W Polsce, w porównaniu do reszty Europy, wyjątkowo mało ludzi pracuje w tzw. sferze rejestrowanej. To tylko 57 proc. ogółu wszystkich w wieku produkcyjnym. Krótko mówiąc – każdy pracujący Polak ma na utrzymaniu prawie jednego niepracującego. Z tego są wysokie podatki – a te największe i najuciążliwsze wcale nie nazywają się podatkami, ale składkami na ZUS, służbę zdrowia.

Dlaczego tak mało ludzi w Polsce pracuje oficjalnie?
Na tle Europy, w Polsce dużo wcześniej przechodzi się na emeryturę. Jednocześnie – z czego akurat należy się cieszyć – ludzie coraz dłużej żyją. Co więcej, kobiety, które statystycznie żyją dłużej, mają prawo przejść na emeryturę już w wieku 55 lat. Ten problem miała rozwiązać reforma emerytalna. Zgodnie z jej założeniami im dłużej pracujesz, tym wyższą masz emeryturę. Jednak reforma nie została jeszcze zakończona i wciąż ponad milion pracujących posiada przywileje emerytalne. One pozwalają przejść wcześniej na emeryturę bez straty w dochodach, a to zniechęca ludzi do dłuższej pracy. Roczne koszty tych przywilejów dla państwa wynoszą 30 miliardów złotych. To sprzeczne z logiką ekonomiczną, społeczną i moralną. Żaden kraj w Europie nie boryka się z takim problemem.

Jak to zmienić?
Należy reformę emerytalną dokończyć i zlikwidować wiele z tych przywilejów. Niestety poprzednie rządy nie wywiązały się z tego zadania. Obecnie Ministerstwo Pracy przedstawiło projekt, który wprawdzie zostawia część przywilejów emerytalnych, ale jednocześnie przewiduje, że dodatkowe 700 tys. miejsc pracy przejdzie do normalnego systemu emerytalnego. Dokończenie tej reformy będzie jednym z głównych testów wiarygodności dla obecnej ekipy.

Dlaczego?
Bo usunięcie tych przywilejów jest jednym z głównych punktów programu gospodarczego rządu, między innymi programu konwergencji. To pakiet reform, które mają przybliżyć nas do unijnych standardów zdrowej gospodarki i przy tym spełnić warunki potrzebne do wprowadzenia Euro. Jeżeli uda nam się zwiększyć liczbę zarejestrowanych pracujących do poziomu unijnego, czyli o 10 punktów proc., to da to wymierne korzyści budżetowi i może w perspektywie doprowadzić do kolejnej obniżki podatków. Poza tym, dzięki zwiększaniu zatrudnienia, wzrost naszej gospodarki mógłby być nawet o 1,5 punkta procentowego wyższy.

Jak ocenia pan szanse na wprowadzenia tej reformy? Wywoła ona wiele protestów społecznych.
Proszę nie używać słowa protesty społeczne, bo sugeruje pan, że całe społeczeństwo sprzeciwia się tym zmianom. A protestować będą jedynie uprzywilejowane grupy. Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby rząd wycofał się z tej reformy i uległ protestom. Mam nadzieję, że to zrozumienie będzie dominować we wszystkich partiach politycznych.

Zgadza się pan z tezą, że trzeba zwiększać zatrudnienie się, a co z oszczędzaniem pieniędzy publicznych?
Tu też potrzebne są działania we wszystkich resortach, które wydają – nasze przecież – pieniądze.

Czekamy na wprowadzenie dwóch obniżonych stawek podatkowych. Czy to nie zagrozi finansom państwa?
Obniżenie podatków, które przegłosowano w poprzedniej kadencji to krok pozytywny. Jednak – podobnie jak ulgi prorodzinne i obniżenie kosztów pracy – w krótkim czasie niższe podatki obniżą wpływy do budżetu. Ciężko mi zachwalać reformę podatków, bo sam jestem współautorem tego pomysłu jeszcze za czasów rządów AWS-UW. Niestety wtedy Aleksander Kwaśniewski zawetował zmiany.

Czyli dopiero PiS-owi udało się wprowadzić pańskie reformy?
Zawsze się cieszę i chwalę moich wcześniejszych oponentów, gdy realizują projekty, w które wierzę. Podobnie cieszyłem się, gdy premier Miller wprowadził podatek liniowy dla osób pracujących na własny rachunek, chociaż kiedyś był tego przeciwnikiem. Co do dwóch stawek PIT-u, to szkoda, że była to jedna z niewielu reform gospodarczych, jakie przeprowadziła partia Jarosława Kaczyńskiego.

Czym wypełnić lukę w budżecie, jaka powstanie po obniżce podatków?
Na pewno nie można podnosić innych podatków. Trzeba sprawić, żeby więcej osób pracowało, a do tego potrzebne jest usunięcie przywilejów emerytalnych. Poza tym bardzo uważnie trzeba się przyjrzeć stronie wydatków. I nie mówię o jakichś spektakularnych cięcia, ale o wprowadzeniu mechanizmu, który sprawi, że wydatki będą rosły wolniej niż gospodarka. Niestety w ciągu ostatnich dwóch i pół roku było dokładnie na odwrót. Musimy więc oszczędniej dysponować pieniędzmi publicznymi, czyli naszymi.

Gdzie należy powstrzymać wzrost wydatków?
Na pewno można przyjrzeć się wydatkom na administrację oraz wziąć pod lupę jej liczebność. Ponadto w sektorze publicznym nie ma miejsca na tak gwałtowny wzrost płac, jaki miał miejsce w ciągu ostatnich 2 lat. Nie można się poddawać krzykom, że wszędzie brakuje pieniędzy, jak ma to miejsce np. w przypadku służby zdrowia. Najczęściej ci, którzy domagają się coraz więcej pieniędzy, najbardziej je marnują.

Marszałek Ludwik Dorn powiedział kiedyś „Pokaż lekarzu co masz w garażu”. To wywołało falę protestów opozycji. Jednak kilka miesięcy później w podobnym duchu wypowiadał się także premier Tusk.
I słusznie, bo nie można ulegać naciskom. Jednak marszałek Dorn reprezentuje jednocześnie partię, która tumani Polaków w kwestiach prywatyzacji szpitali twierdząc, że to zaszkodzi pacjentom. Tymczasem już teraz mamy wiele prywatnych szpitali, które działają na zasadach kontraktu z NFZ. Pacjenci leczą się tam bez dodatkowych opłat, a placówki są lepiej zarządzane, nie zadłużają się.

Według założeń reformy szpitale mają być przekazane samorządom. Platforma jak ognia unika słowa "prywatyzacja".
Niesłusznie, bo przekazanie szpitali powinno być wstępem do przekazania w prywatne ręce. Państwowe szpitale nie mają oporów przed zaciąganiem kolejnych długów, bo wiedzą, że zawsze państwo może je poratować. Frajerami są placówki, które nie zaciągają długów.