75-letni prezydent Chorwacji, jeden z najstarszych czynnych polityków w Europie, nigdy nie zajmował się wielkim biznesem. Dawny komunistyczny aparatczyk, a później dysydent, więzień sumienia i jeden z ojców-założycieli niepodległej Chorwacji, przez ostatnie 10 lat pełnił funkcję szefa państwa, prestiżową, ale daleką od realnej władzy.

W grudniu, w czasie moskiewskiej wizyty starannie unikał odpowiedzi na pytania czy Zagrzeb weźmie udział w projekcie. Krytykował jedynie centroprawicowy rząd, za to że nie przystąpił do rozmów zanim decyzję o porozumieniu z Rosją podjęły Węgry i Chorwacja przestała być potrzebna jako państwo tranzytowe. – Przegapiliśmy debatę w czasie gdy był na nią czas – twierdził.

South Stream, gazociąg o przepustowości powyżej 60 miliardów metrów sześciennych rocznie, ma zaopatrywać w gaz południową Europę, w tym Włochy, jedną z największych gospodarek Unii. Rosyjski Gazprom tworzy go wespół z włoskim Eni Paolo Scaroni. South Stream, biegnący po dnie Morza Czarnego do bułgarskiej Warny, a stamtąd przez Serbię, Węgry i Słowenię ma być południową wersją gazociągu bałtyckiego Nord Stream, który łączy rosyjski Wyborg i niemiecką Greifswalde.

Deal, który mieli zaproponować Rosjanie jest prosty: zgoda Chorwacji na podłączenie do systemu South Stream, a w zamian za to Mesić stanie na czele chorwacko-rosyjskiej spółki zajmującej się tranzytem gazu. „Jutarnji list” podkreśla, że próba skaptowania na pokład kolejnej głowy państwa, jest elementem strategii Gazpromu.

Podobnych przypadków było kilka. Najgłośniejszy to casus Gerharda Schroedera, kanclerza Niemiec z latach 1998-2005, który najpierw podpisał porozumienie o budowie gazociągu North Stream po dnie Morza Bałtyckiego, a po przegranych wyborach został „nagrodzony” stanowiskiem prezesa zarządu nowo powołanej spółki Nord Stream AG. W kwietniu ubiegłego roku analogiczną propozycję otrzymał Romano Prodi, były szef Komisji Europejskiej, a wcześniej premier Włoch. Prodi jednak ją odrzucił.

Nie wiadomo natomiast czy odmówi Ferenc Gyurcsany – były premier Węgier i lider tamtejszych postkomunistów, który w 2008 roku podpisał z Rosją umowę zgadzając się na South Stream i tym samym doprowadzając do zwycięstwa rosyjskiej koncepcji. Gazeta „Magyar Nemzet” twierdzi, powołując się na swoje źródła, że Gyurcsany wymieniany jest jako jeden z kandydatów na szefa South Stream. Gdyby do tego doszło, byłaby to powtórka scenariusza ze Schroederem.

Najbardziej spektakularna była sprawa Paavo Lipponena, socjaldemokraty, przez osiem lat premiera Finlandii, a później spikera parlamentu, który z kolei dorabiać miał jako doradca Nord Streamu. O tym, że pracuje jako konsultant dla niemiecko-rosyjskiego konsorcjum poinformowano w połowie sierpnia 2008 roku – dokładnie wtedy, gdy Rosja wkroczyła do sąsiedniej Gruzji i bombardowała jej miasta. Jako premier Lipponen popierał budowę gazociągu. Problemy Rosjanom zaczęli robić dopiero jego następcy.

Później, gdy Rosja zaczęła mieć kłopoty z uzyskaniem zgody na przeprowadzenie gazociągu przez szwedzką wyłączną strefę ekonomiczną na Bałtyku, okazało się, że w spółce Nord Stream AG pracuje Ulrica Schenstroem była podsekretarz stanu w gabinecie szwedzkiego premiera i związany z partią socjaldemokratyczną Dan Svanell, rzecznik prasowy kilku lewicowych ministrów. Analitycy są przekonani, że taki styl zatrudniania doradców, to po prostu filozofia Gazpromu.

Wcześniej – w 2006 roku – po raz pierwszy pojawiła się informacja, że koncern wynajął do poprawy swojego wizerunku na Zachodzie brukselską firmę PR-owską GPlus. Jedną z jej podstawowych taktyk jest zatrudnianie dawnych przedstawicieli władz UE. Od tego czasu Rosjanie konsekwentnie idą tą drogą. Ani Zagrzeb ani Gazprom oficjalnie nie komentują doniesień „Jutarnjego listu”.