Rubel pozostaje oczywiście absolutnym rekordzistą. W poniedziałek po raz pierwszy od czasu przeprowadzonej w Rosji w 1998 r. denominacji za jednego dolara trzeba było zapłacić ponad 50 rubli, ale przekroczenie tej psychologicznej bariery nie zatrzymało dalszych spadków. Wczoraj jeden dolar wart był już 53 ruble. To oznacza, że w ciągu ostatniego półrocza rosyjska waluta straciła na wartości ponad 44 proc. Na tę katastrofalną deprecjację złożyły się dwa czynniki: zachodnie sankcje nałożone na Rosję za anektowanie przez nią Krymu i podsycanie konfliktu na Ukrainie oraz coraz szybszy spadek cen ropy, która wraz z gazem ziemnym zapewnia Moskwie ok. 70 proc. dochodów z eksportu i połowę wpływów do budżetu.

Norweska korona krwawi

Jeszcze w połowie czerwca, gdy ceny ropy były na najwyższym tegorocznym poziomie – ponad 110 dol. za baryłkę gatunku Brent – wydawało się, że sankcje nie będą zbyt dotkliwe. Wczoraj po raz pierwszy rosyjski rząd mówił o możliwości recesji w przyszłym roku. – Obecna prognoza zakłada spadek PKB w 2015 r. o 0,8 proc., podczas gdy poprzednia przewidywała wzrost o 1,2 proc. – oświadczył wicepremier Aleksiej Wiediew.

Rosja w dużej mierze jest sama sobie winna, czego nie można powiedzieć o Norwegii albo Kanadzie. Tymczasem w poniedziałek kurs norweskiej korony spadł do najniższego poziomu od ponad pięciu lat – po raz pierwszy od lutego 2009 r. za dolara trzeba było zapłacić więcej niż 7 koron. A tylko w ciągu ostatnich sześciu miesięcy straciła ona wobec dolara ponad 17 proc., choć norweska gospodarka należy do najzdrowszych w Europie. Charakteryzuje się stabilnym wzrostem na poziomie ok. 2 proc., długiem publicznym nieprzekraczającym 30 proc. PKB, nadwyżką budżetową i najwyższą wiarygodnością kredytową. Te wskaźniki być może trzeba będzie jednak zrewidować, bo ropa i gaz ziemny odpowiadają za prawie 60 proc. dochodów eksportowych. A trzeba pamiętać, że norweska ropa jest znacznie droższa w wydobyciu niż np. saudyjska, pensje w tamtejszym sektorze naftowym są jednymi z najwyższych na świecie, zaś wydatki z budżetu państwa należą do najbardziej rozbudowanych. – Jeśli obecne poziomy nie będą krótkotrwałą korektą, lecz się utrzymają, nie będzie trudno znaleźć argumenty na rzecz tego, że norweski rząd powinien przemyśleć swoją ekspansywną politykę budżetową – mówi dziennikowi „Financial Times” Ulrich Leuchtmann, analityk z Commerzbanku.

To samo dotyczy Kanady, która na liście największych producentów i eksporterów jest nawet wyżej niż Norwegia. Kanadyjski dolar w minionym półroczu stracił wobec swojego południowego sąsiada wprawdzie tylko nieco 5 proc., ale nie zmienia to faktu, że jego kurs również jest najniższy od połowy 2009 r. Słabną także waluty dwóch innych czołowych producentów na zachodniej półkuli – Brazylii i Meksyku – odpowiednio o prawie 12 i prawie 6,5 proc., choć w przypadku tego pierwszego kraju przyczyną jest nie tylko ropa, lecz także recesja, w którą wpadła brazylijska gospodarka. Inna sprawa, że jedną z głównych jej przyczyn jest to, że Brazylia przez cały kilkuletni okres boomu nie zrobiła zbyt wiele, by uniezależnić się od eksportu surowców i towarów rolnych.

Naira na kolanach

Ale jeszcze gorzej wygląda kurs walut tych państw, które są kompletnie uzależnione od eksportu ropy. Przykładem jest Nigeria, będąca największą gospodarką Afryki i drugim po Angoli eksporterem na kontynencie. Od kiedy ceny ropy zaczęły spadać, jej waluta – naira – straciła na wartości prawie 9 proc., osiągając przy okazji najniższy kurs w dziejach. Ale sytuacja szybko się pogarsza – 80 proc. tej półrocznej deprecjacji przypada na ostatni miesiąc. To załamanie kursu nie dziwi w obecnej sytuacji, biorąc pod uwagę, że Nigeria jest bardziej uzależniona od dochodów ze sprzedaży surowca niż państwa Zatoki Perskiej – petrodolary zapewniają jej aż 90 proc. wpływów eksportowych.

Rial mocno stoi

Właśnie kraje Zatoki Perskiej, mimo że ropa naftowa jest ich głównym źródłem dochodów, są jednym z dwóch wyjątków od trendu tracenia na wartości przez waluty krajów żyjących z surowców. Ale tylko dlatego, że kurs saudyjskiego riala, dirhama Zjednoczonych Emiratów Arabskich czy riala katarskiego jest sztywno powiązany z dolarem. Drugim wyjątkiem są Wenezuela i Iran, których waluty – boliwar i rial – też są ustalane przez władze (i raz na jakiś czas dewaluowane), z tym że ich oficjalne kursy mają niewiele wspólnego z rzeczywistością i bardziej miarodajne są te czarnorynkowe. Oba państwa należą do tych, które najmocniej tracą wskutek spadku wartości ropy, choć znaczenie mają tu dodatkowe czynniki – w przypadku Wenezueli fatalna polityka gospodarcza, która doprowadziła do tego, że w kraju będącym posiadaczem największych złóż ropy brakuje nawet produktów pierwszej potrzeby, a w przypadku Iranu – sankcje nałożone przez Zachód w związku z prowadzonym przez ten kraj programem nuklearnym. Tylko w ciągu poprzedniego tygodnia czarnorynkowy kurs riala – będący o niemal jedną trzecią niższy od oficjalnego – spadł o 7,7 proc. I to właśnie czarnorynkowe kursy riala i boliwara są jedynymi, które mogą rywalizować z rosyjskim rublem o niechlubne miano waluty najbardziej tracącej na wartości.