Tylko w pierwszym kwartale tego roku do zakładu emerytalno-rentowego MSWiA wpłynęły trzy tysiące wniosków funkcjonariuszy różnych służb o przyznanie emerytury. To dwa razy więcej niż w tym samym okresie 2008 roku, kiedy jeszcze nikt nie mówił o reformie. Gdy Grzegorz Schetyna, ówczesny szef MSWiA, zapowiedział w grudniu 2008 r. wydłużenie o 10 lat minimalnego okresu służby, tylko w pierwszym kwartale 2009 r. wnioski złożyło 2,7 tys. funkcjonariuszy. W sumie w 2010 roku emerytury otrzymywało 131 tys. funkcjonariuszy, ale już w tym roku – 135,5 tys. osób.

– To prawda, coraz więcej osób chce odejść ze służby – potwierdza Antoni Duda, przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów, których wśród mundurowych odchodzących na emerytury jest najwięcej. Obawiają się odebrania im dodatków do pensji oraz tego, że będą musieli pracować 20 lat zamiast 15. I nie uspokajają ich zapewnienia premiera, że zmiany obejmą tylko tych, którzy dopiero wstąpią do służby.

– Funkcjonariusze są przekonani, że zachowują się racjonalnie. Przechodząc na emerytury dziś, minimalizują ryzyko utraty przywilejów – mówi Krystyna Burzyńska-Kaniewska, psycholog pracy.

Ale przystępując do reformy mundurówek, takiej właśnie reakcji można się było spodziewać.

Jak zauważa Joanna Staręga-Piasek, dyrektor Instytutu Rozwoju Służb Społecznych, każda zapowiedź rewolucji w systemie emerytalnym powoduje, że uprawnieni oczekują wyłącznie zmian na gorsze. Przykładowo informacje o likwidacji wcześniejszych emerytur w ZUS w 2005 r. spowodowały, że w ciągu trzech lat przybyło prawie milion emerytów. Nikt nie chciał ryzykować, że mając prawo do wcześniejszej emerytury, straci je i będzie musiał pracować aż do uzyskania powszechnego wieku emerytalnego (60 lat – kobiety, 65 lat – mężczyźni).

O tym, jaki będzie ostateczny kształt reformy emerytalnej służb mundurowych, rząd i związki zawodowe zdecydują 27 kwietnia. Wtedy też okaże się, nie tylko jak zmieni się system, lecz także ile na tym zyska budżet.