Nordea była ostatnim bankiem, który oferował kredyt we frankach szerszej grupie klientów. W środę zmienił reguły gry i od tego piątku, aby ubiegać się o taki kredyt, trzeba wykazać się dochodami miesięcznymi przekraczającymi 15 tys. zł. To trzykrotnie więcej niż poprzednio. Ci, którzy chcieliby wziąć kredyt we frankach na starych zasadach, mogą zrobić to jedynie dzisiaj.

Zdaniem ekspertów to reakcja na poczynania konkurencji. BRE Bank i Deutsche Bank już wcześniej mocno wyśrubowały kryteria udzielania kredytów we frankach. W poniedziałek z pożyczek w tej walucie wycofał się BPH i Nordea została praktycznie sama (PKO BP ma taki kredyt w ofercie, ale narzuca bardzo wysoką marżę). Możliwe, że szefowie Nordei zaczęli się obawiać, że klienci zaczną masowo składać wnioski o frankowy kredyt w ich banku, który może nie sprostać takiemu zainteresowaniu.

– Kurs franka jest bardzo wysoki, a stopy procentowe w Szwajcarii utrzymują się praktycznie na zerowym poziomie. Dlatego wiele osób może skorzystać na zamianie kredytów w złotych na pożyczkę we frankach – mówi Łukasz Wojcieszak, prezes internetowego pośrednika hipotecznego Invigo.

Eksperci Invigo wyliczyli, że na ratę kredytu o wartości 300 tys. zł zaciągniętego w 2009 roku trzeba wydać obecnie ok. 2000 zł (oprocentowanie takiej pożyczki sięga ok. 7,2 proc.). Nawet w przypadku pożyczki o tej samej wartości, ale zaciągniętej przed kryzysem, kiedy marże były niewielkie, trzeba na ratę wydać ok. 1,7 tys. zł. Tymczasem jeśli teraz zrefinansuje się ten kredyt pożyczką we frankach, której marża sięga ok. 3 proc., rata spadnie do ok. 1250 zł miesięcznie. I to mimo drastycznego wzrostu kursu szwajcarskiej waluty.

Kredyty walutowe nadal stanowią największą część portfela pożyczek hipotecznych polskich banków. Według danych KNF w czerwcu wartość kredytów we frankach i w euro sięgała 181,4 mld zł.