Reklama

Oto minister edukacji z Polski (płci dowolnej) zjawia się po śmierci u bram niebios. Tam wita go św. Piotr. Szczęśliwy, że tak dobrze trafił, choć rachunek sumienia na to nie wskazywał, minister zwraca się do klucznika Królestwa Niebieskiego: "Święty, powiedz mi jedno. Po co była ta cała pandemia?". Zdziwiony takim brakiem spostrzegawczości św. Piotr odpowiada: "Człowieku, nie domyślasz się? Wszechmogący dostrzegał, z jaką determinacją usiłujecie już prawie dwudziesty rok zniszczyć edukację publiczną w Polsce i wciąż wam to nie wychodzi. Jako że jest litościwy, postanowił wam troszkę dopomóc".

Edukacja dla celów strategicznych

Wprawdzie nawet boska ingerencja nie dała rady dokończyć dzieła, jednak konsekwentnie zmierza ono w wytyczonym wiele lat temu kierunku. Wyznaczyło go założenie, że edukacja publiczna w III RP nie jest po to, żeby zapewniać wchodzącym w dorosłość obywatelom jak najlepszego wykształcenia. Tak, aby posiadając rozległą wiedzę i liczne umiejętności, znakomicie sobie radzili osiągając zawodowe sukcesy, których suma buduje zamożność państwa. O nie! To było dla rządzących nazbyt banalne. System edukacyjny i uwięzione w nim dzieci uznano za coś, co powinno służyć celom strategicznym.

Reklama

Znamienne, że nieszczęście to spadło na pokolenie Polaków, którzy przyszli na świat po 2005 r. Notabene, nie przypadkiem się składa, że w podręcznikach historii data ta zapewne stanie się punktem granicznym, od jakiego będzie rozpoczynała się epoka dwudziestolecia POPiS-u.

Reklama

U jej zarania pierwszym pomysłem, do czego użyć systemu edukacji, była idea, żeby zatkać dziećmi rosnącą dziurę w budżecie ZUS.

"Wcześniejsze zaczynanie nauki w szkole na świecie bierze się nie stąd, że chce się zabrać rodzicom prawo do bycia z dziećmi, tylko bierze się z tego, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat wiek wejścia na rynek pracy przesunął się o trzy lata, to oznacza de facto przy mniej więcej nie zmienionych momentach przechodzenia na emeryturę, że pracujemy krócej, co przy wyzwaniach demograficznych jest zabójcze, dla Europy szczególnie" – oznajmił w „Salonie Politycznym Trójki” 25 lutego 2008 r. Michał Boni, stojący wówczas na czele Zespołu Doradców Strategicznych premiera Tuska. Następnie szefowa resortu edukacji Katarzyna Hall przygotowała ustawę mającą zmusić rodziców, by posłali do szkół sześciolatki. Wyliczenia strategiczne mówiły, że gdy tylko o rok wcześniej wejdą na rynek pracy, wysokość składek wpływających do kasy Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wzrośnie o ok. 15 proc. Resztę problemu winno załatwić stopniowe wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat. W tym genialnym planie jedyne, o czym zapomniał rząd Donalda Tuska, to znalezienie środków na kompleksowe przygotowanie szkół na przyjęcie maluchów. Co nie uszło uwadze rodziców. Opór przeciw reformie był tak ogromny, że moment jej startu zaczęto przesuwać w czasie. Inwestując całą energię nie w poprawę jakości edukacji i opieki w klasach I-III, lecz w ogromną kampanię medialno-społeczną. Starała się ona udowodnić Polakom, że każdy rodzic, który nie chce posłać dziecka wcześniej do szkoły jest prymitywnym kretynem, działającym na szkodę swej pociechy. Jednocześnie ostateczną datę wejścia w życie reformy nadzwyczaj inteligentnie wyznaczono na 1 września 2015 r., półtora miesiąca przed wyborami.

Namacalnymi efektami tamtego strategicznego użycia systemu edukacji stała się kariera rodziny Elbanowskich, organizującej kolejne protesty oraz skłonienie rodziców młodszych dzieci do oddania głosu na PiS. Ten bowiem obiecał cofnięcie reformy. Gdy tylko dano ludziom znów możność dobrowolnego wyboru, to w 2016 r. do szkół podstawowych trafił tylko co piąty sześciolatek. Wiadomości o tym, jak w pośpiechu musiano tworzyć dodatkowe klasy pierwsze w szkołach i upychać gdzie popadło maluchy, skutecznie zniechęcały do eksperymentowania na własnym przychówku w imię ratowania ZUS-u.

Paradoks reformy edukacyjno-emerytalnej PO

Po czym w ciągu następnych siedmiu lat problemy polskiego rynku pracy zaczęły rozwiązywać się same za sprawą napływu migrantów ze wschodu. Wszelkie prognozy Zespołu Doradców Strategicznych z 2008 r. są dziś równie aktualne, co wynikająca z nich ówczesna reforma edukacji. Jak zwykle się okazało, że na dłuższą metę jedynym czego możemy być pewni jest to, iż wszyscy kiedyś będziemy martwi – jak lubił powtarzać John Maynard Keynes. No, ale akurat jego Platforma nigdy nie traktowała poważnie. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość na rozkaz swego prezesa nadzwyczaj poważnie traktowało swe obietnice wyborcze.

Tu należy dostrzec jeden paradoks. Reforma edukacyjno-emerytalna autorstwa PO stanowiła jedyny możliwy sposób, by zamknąć Polskę na napływ migrantów. Dawała bowiem szansę, by kosztem dzieci i starców rynek pracy mógł się bez nich obejść. PiS obiecał zamknięcie na migrację, po czym zrobił wszystko, żeby III RP na nią otworzyć. Niestety, w przypadku systemu edukacyjnego nie był równie niekonsekwentny.

W trakcie kampanii wyborczej złożono bowiem obietnicę likwidacji gimnazjów, ponieważ Polacy za nimi nie przepadali. W mediach funkcjonowały one jako siedliska przemocy oraz moralnego upadku uczęszczających do nich nastolatków. Poza tym zmuszały wielu rodziców, by codziennie rano dowozić pociechy do szkół, kiedy podstawówka znajdowała się zwykle w okolicy domu. Wprawdzie realnym problemem systemu stworzonego jeszcze przez rząd Jerzego Buzka były trzyletnie licea oferujące zbyt krótki okres przygotowania do matury, jednak PiS musiał zabrać się przede wszystkim za gimnazja. Stał za tym strategiczny cel Jarosława Kaczyńskiego, by udowodnić wyborcom, iż w odwrotności do imposybilizmu Platformy jego partia posiadła moc sprawczą. Ślepo oddana wykonawczyni rozkazu prezesa minister Anna Zalewska przeprowadziła likwidację na rympał. Komasując dwa roczniki uczniów (łącznie ponad 700 tys. sztuk) w pierwszych klasach szkół średnich. Tak oto Platforma w 2015 zafundowała dzieciom szkolenie z tego, jak wygląda przyśpieszony koniec dzieciństwa, zaś cztery lata później PiS zaoferował młodzieży zajęcia praktyczne, obrazujące skutki przeludnienia.

W obu przypadkach realizatorzy zmian mieli poprawienie jakości edukacji polskiej młodzieży tam, gdzie zwykle miewamy rzeczy, które nic a nic nas nie obchodzą. I nie powinniśmy się temu dziwić. Skoro za swoją akcję likwidacyjno-komasacyjną Anna Zalewska została nagrodzona synekurą w Parlamencie Europejskim oznacza to, że bardzo się opłaca dokładnie tam mieć troskę o wyedukowanie polskich dzieci.

Kampania szkalowania nauczycieli

Dlatego też rząd Morawieckiego niespecjalnie przejął się w 2019 r. strajkiem sfrustrowanych nauczycieli. Ich protest był efektem nie tylko niskich zarobków. Nastąpiło też ulanie się złości po serii durnych reform, jakie za każdym razem musieli brać na swe braki. W obliczu coraz bardziej widocznych niedomagań systemu edukacji rząd zabrał się za rozwiązanie problemu dwutorowo. Przeciw nauczycielom, a ściślej mówiąc nauczycielkom, bo to one dominują w tej profesji, zorganizowano w mediach rządowych i prorządowych kampanię szkalowania oraz zohydzania. Tak, by społeczeństwo ujrzało w belfrzycach chciwe degeneratki. Jednocześnie odpalano wielkie imprezy propagandowe - typu debata edukacyjna na Stadionie Narodowym. Tak demonstrując rodzicom, jak wielkich rozmiarów jest troska rządu o polskie dzieci.

Gdy wreszcie udało się przygiąć nauczycielkom i nauczycielom karki, jednocześnie nic nie zmieniając na lepsze, litościwy Bóg dopomógł w dziele zniszczenia, zsyłając pandemię. Co ciekawe, w miesiącach kompletnego chaosu, gdy resort edukacji nie wiedział, co robić i zwalał odpowiedzialność na dyrektorów szkół, te jakimś cudem zbudowały oddolnie cały system nauczania zdalnego. Wprawdzie praktyka pokazała, że z realną edukacją miał on tyle wspólnego, co węgiel kamienny z kamieniem węgielnym, ale przynajmniej zamknięte w domach dzieci miały jakieś zajęcie.

Już wówczas zasługiwały one na miano pokolenia uczniów przeklętych, bo co chwila pojawiał się nowy czynnik skutecznie obniżający jakość serwowanego im nauczania. Co gorsza, ta czarna seria zupełnie nie chce się skończyć. Oto inflacja obecnie sprawia, że zarobki nauczycieli stają się coraz bardziej śmieszne, zwłaszcza tych zaczynających pracę w szkole. Absolwenci wyższych uczelni unikają więc tego zawodu. Natomiast stara kadra, gdy tylko pojawia się taka możliwość, ucieka na emeryturę. Wakaty wymuszają coraz powszechniejsze zastępstwa. Dyrektorzy muszą posyłać do prowadzenia lekcji tego, kto jest pod ręką. Nie bacząc, czy wskazany nauczyciel ma choć blade pojęcie o przedmiocie, jaki znajduje się w planie zajęć. To kolejny kamyk w lawinie obniżania się jakości edukacji publicznej. Tymczasem obecny szef MEiN Przemysław Czarnek znalazł dla niej nowy cel strategiczny. Mianowicie nawrócenie młodego pokolenia na wartości narodowo-konserwatywne.

Tak jak niegdyś Michał Boni, Czarnek snuje przy tym wizje na odległą przyszłość, bez baczenia, że tylko jednego możemy być co do niej pewni (no, ale i ten minister raczej nie przepada za Keynesem). W prozaicznej teraźniejszości Przemysław Czarnek skupia się przede wszystkim na udowadnianiu, że podręcznik "Historia i Teraźniejszość" jest znakomity. Złośliwość życia polega na tym, iż ono zacznie to przekonanie weryfikować bez oglądania się na propagandę sukcesu.

Groźba kolejnego etapu dewastacji

Jednak o wiele istotniejszą sprawą jest groźba rozpoczęcia kolejnego etapu dewastacji szans edukacyjnych młodego pokolenia. Po reformach strajku i zdalnej edukacji może we wrześniu czekać nas kolejny strajk. Nauczyciele się do niego wcale nie palą. Mają bowiem świadomość, iż wówczas staną się znów obiektem kampanii zaszczuwania. Jednak nie wszyscy mają szansę znaleźć inną pracę lub chcą uciec na emerytury. Każdy zaś miesiąc wysokiej inflacji podnosi poziom frustracji wśród belfrów. W tym pomogła też majowa podwyżka pensji ledwie o 4.4 proc. (zwana popularnie "wkurwiszką" z racji możności wydania jej w całości podczas jednych zakupów w dyskoncie spożywczym).

Przy 15 proc. inflacji oznaczała ona spadek realnych dochodów o ponad jedną dziesiątą w ciągu roku. Ministerstwo Edukacji i Nauki odpowiada na to propozycją podwyżki o 9 proc. z początkiem przyszłego roku. Dorzucając wypowiedź wiceministra Dariusza Piontkowskiego dla radiowej "Jedynki", że nauczyciel dyplomowany zarabia średnio 6,9 tys. na rękę, jeśli tylko chce sobie wziąć nadgodziny. Te ruchy wskazują, że MEiN uznał, iż można zaryzykować strajk, bo da się go szybko wygasić. Wystarczy poczekać dwa, trzy miesiące, aż obywatele znienawidzą szkolne kadry i te w końcu się poddadzą. Poza tym jego codzienne koszty i tak wezmą na siebie dzieci i ich rodzice. Czyli wszystko będzie jak zwykle i skończy się jak zwykle.

Jest tylko jeden mały szkopuł. Jeszcze dwa lat temu ci, którzy mieli dzieci w wieku szkolnym, mogli się pocieszać, że swe pociechy wcześniej czy później poślą do szkół niepublicznych. Tak gwarantując im lepszą edukację, a przy okazji nakręcając rozwój całej branży. Natomiast szkoły publiczne zostałyby dla biedoty.

Teraz jednak budzimy się w świecie wysokooprocentowanych kredytów hipotecznych i drogich mieszkań na wynajem. W świecie inflacji zaczynającej wyprzedzać wzrost dochodów. W świecie dramatycznych rachunków za ogrzewanie i prąd. Czy aby będzie stać rodziców na płacenie jeszcze czesnego? Wygląda więc na to, że system edukacji publicznej pozostanie powszechny, a jednocześnie coraz mniej zdolny do jakiegokolwiek edukowania. Po czym pokolenie, które go opuści, zadba o siebie, rodziców i przyszłość Polski dokładnie tak dobrze, jak je nauczano.