W czerwcu plany zwolnień grupowych objęły najmniejszą liczbę pracowników od początku pandemii. Zgłoszeń było o ok. połowę mniej w stosunku do maja czy kwietnia. Od momentu zamrożenia gospodarki było ich łącznie ok. 33 tys. – co w stosunku do aktywnych zawodowo ok. 16,274 mln Polaków stanowi zaledwie ok. 0,2 proc. Samo zgłoszenie chęci przeprowadzenia zwolnień nie musi przełożyć się na rzeczywiste decyzje. Często firmy ostatecznie rezygnują z takich zamiarów, jak było np. w przypadku firmy meblowej Black Red White. Jeszcze w marcu zgłosiła ona zamiar zwolnienia ok. 1,9 tys. osób, a po uruchomieniu tarcz antykryzysowych wycofała się z redukcji zatrudnienia w tym trybie. Jak podkreślał zarząd spółki w komunikatach – właśnie w związku z otrzymaniem rządowej pomocy.
Wojewódzki Urząd Pracy w Rzeszowie wskazuje, że od marca pracodawcy zrezygnowali ze zgłoszeń obejmujących 514 pracowników. Na pewno tarcze antykryzysowe skutecznie blokują obecnie wzrost bezrobocia, sprzyjają natomiast obniżeniu czasu pracy. Niska stopa bezrobocia to efekt tej pomocy, ale też koniunktury sezonowej – latem zawsze potrzeba więcej pracowników = mówi Andrzej Kubisiak, wicedyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego, ekspert zajmujący się rynkiem pracy.
Można przypuszczać, że liczba przeprowadzonych zwolnień grupowych w 2020 r. nie będzie zatem znacznie wyższa niż w roku ubiegłym, kiedy to zwolniono w ten sposób prawie 25 tys. osób. Na podstawie danych obejmujących okres od marca do czerwca, a więc lockdown i trwającą pandemię, ze swoimi miejscami zatrudnienia pożegnało się w ten sposób ponad 10 tys. osób. Należy przy tym pamiętać, że przeprowadzone już zwolnienia wcale nie muszą być wynikiem koronawirusa – w części przypadków są one pochodną decyzji zapadających jeszcze w końcu 2019 r. bądź w styczniu i lutym.
Reklama
Pandemia nie spowodowała anomalii również w podziale geograficznym. Najwięcej zwolnień przeprowadzono na największych rynkach pracy – w woj. mazowieckim, małopolskim, wielkopolskim czy śląskim. Ponad trzy czwarte polskich pracowników już nie boi się zwolnienia
O tym, że sytuacja na rynku pracy nie jest taka zła, jak się spodziewano, świadczą też oficjalne dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – rejestrowane bezrobocie pod koniec czerwca wyniosło 6,1 proc. To o 0,1 pkt proc. więcej niż w maju – według szacunków resortu łącznie ponad 1 mln 27 tys. osób. Rząd utrzymuje, że na koniec roku osiągnie ono pułap 7–8 proc. To zdecydowanie bardziej optymistyczne prognozy niż z początku lockdownu, kiedy niektórzy analitycy wskazywali, że wynik może być nawet dwucyfrowy.
Według najnowszego raportu PIE i Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) tarcze znacznie zwiększyły też zasoby finansowe przedsiębiorstw. 60 proc. firm deklaruje, że posiada gotówkę, która wystarczy na trzy miesiące działania, a jedynie 5 proc. nie ma żadnych rezerw finansowych. W kwietniu było to odpowiednio 39 i 11 proc. Jednocześnie badanie potwierdza, że okres największego strachu przed utratą pracy już się skończył – ponad trzy czwarte polskich pracowników już nie boi się zwolnienia i ocenia je jako zdecydowanie lub raczej nieprawdopodobne. Jednocześnie coraz większa liczba przedsiębiorców deklaruje, że chce utrzymać zatrudnienie – w kwietniu twierdziło tak 62 proc. firm, w pierwszych dniach lipca było to już 79 proc.
O ile masowe zwolnienia nie następują, to tyle problem mogą mieć ci, którym w czasie koronawirusa przyszło szukać nowego pracodawcy. – Nie było spodziewanej lawiny – od początku pandemii mieliśmy stałą liczbę nowo rejestrujących się bezrobotnych oscylującą wokół 10 tys. Paradoksalnie to mniej niż w styczniu. Liczymy się jednak z tym, że w kolejnych miesiącach liczba ta może wzrosnąć – choćby za sprawą tego, że zatrudnieni na umowę o pracę na czas nieokreślony zostaną bezrobotnymi po trzech miesiącach od wręczenia wypowiedzenia. Na pewno zauważalnie mniej jest natomiast nowych miejsc pracy - tu jednak też sytuacja się poprawia - tłumaczy Arkadiusz Kaczor, rzecznik katowickiego WUP.
Eksperci wskazują na kilka kwestii, które mogą sprawić, że sytuacja ulegnie pogorszeniu. – Prawdziwym sprawdzianem będzie końcówka roku, gdy firmy tradycyjnie zwalniają więcej osób, dodatkowo będą już musiały poradzić sobie bez rządowej kroplówki, a w tym samym czasie pracownicy będą chcieli wrócić na pełne zatrudnienie. Potencjalnym zagrożeniem jest też druga fala zachorowań, która jeśli nastąpi, może punktowo wyłączyć niektóre sektory gospodarki. Tak jak dzieje się to dziś w niektórych miejscach w Australii, Portugalii czy Izraelu – ocenia Andrzej Kubisiak.
Rynek pracy stabilizuje się też w innych państwach Europy, choć w wielu bardziej dotkniętych pandemią, sytuacja jest wciąż dużo gorsza niż w Polsce, gdzie według metodologii Eurostatu bezrobocie w maju wynosiło 3 proc. Najgorsze wskaźniki były w Hiszpanii (14,6 proc.), Grecji (14,4 proc.) i na Cyprze (10,2 proc.). Europejski Urząd Statystyczny wyliczył też, że majowa stopa bezrobocia w UE wyniosła 6,7 proc., w strefie euro 7,4 proc. i w obu przypadkach zwiększyła się w stosunku do kwietnia o 0,1 proc.
Obecna stabilizacja nie oznacza jednak, że sytuacja na tamtejszych rynkach pracy będzie się tylko poprawiać. – W Hiszpanii, we Francji czy w Grecji wciąż wielu pracowników jest utrzymywanych przez państwo, co sztucznie hamuje wzrost bezrobocia. Fakt, że wiele państw Zachodniej Europy wejdzie w głębszą recesję niż Polska, to też zła wiadomość dla naszych eksporterów – mniejsza produkcja niewątpliwie wpłynie negatywnie na zapotrzebowanie na pracowników – prognozuje wicedyrektor PIE.
Zwolnienia grupowe