Gwarantowana przepisami podwyżka minimalnej pensji wyniesie 95,59 zł. Rząd nie będzie mógł zaproponować niższej kwoty. Z kolei minimalna stawka godzinowa dla samozatrudnionych i zleceniobiorców wzrośnie co najmniej o 0,60 gr (po zaokrągleniu). Tak wynika z wyliczeń Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) na podstawie prognoz makroekonomicznych służących do opracowania projektu przyszłorocznego budżetu. Rząd przedstawił je już partnerom społecznym. – – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista FPP.
Rozmowy w sprawie ostatecznej wysokości przyszłorocznego minimum (oraz wzrostu płac w budżetówce i waloryzacji rent i emerytur) w praktyce już się rozpoczęły. Reprezentatywne związki zawodowe oraz organizacje pracodawców do 16 maja powinny przedstawić wspólne stanowisko w tej sprawie. Jutro odbędzie się posiedzenie zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych Rady Dialogu Społecznego poświęcone tym kwestiom. Jeśli obie strony się nie porozumieją, każda z nich będzie miała pięć dni na przedstawienie własnej opinii. Z kolei rząd musi przedstawić swoją propozycję wzrostu do 15 czerwca.
– – tłumaczy Norbert Kusiak, dyrektor wydziału polityki gospodarczej i funduszy strukturalnych OPZZ. W ubiegłym roku gwarantowany ustawą wzrost wynosił 117 zł. Partnerzy społeczni nie porozumieli się co do ostatecznej wysokości podwyżki i rząd samodzielnie zdecydował, że wyniesie ona 150 zł (od 1 stycznia 2019 r.).
Bój o podwyżki rozpoczęty
Od przyszłego roku najniższe wynagrodzenie będzie musiało wzrosnąć co najmniej o 95,59 zł. Wyniesie wtedy 2345,59 zł. Wynegocjowanie ostatecznej kwoty z partnerami społecznymi będzie jednak trudne
Przyszłoroczna minimalna pensja wzrośnie co najmniej o 4,25 proc. i będzie wynosić 2345,59 zł. Taką podwyżkę gwarantuje mechanizm przewidziany w ustawie z 10 października 2002 r. o minimalnym wynagrodzeniu za pracę (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 2177). Kwota będzie punktem wyjścia dla rządu i partnerów społecznych, którzy negocjują ostateczną wysokość najniższej płacy w danym roku. Tegoroczne rozmowy nie będą jednak proste, bo każda ze stron inaczej ocenia potrzeby w zakresie wzrostu wynagrodzeń. Wiele wskazuje na to, że priorytetem nie będzie ustawowe minimum, lecz podwyżki pensji w sferze budżetowej.
Bez szaleństw
Różnica zdań w sprawie wzrostu najniższej płacy może być duża.
– – mówi Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.
Wskazuje, że zatrudniający zaakceptują podwyżkę nie większą niż łącznie wzrost wydajności pracy (3–3,5 proc.) i wskaźnik inflacji (1,5–2 proc.), czyli o ok. 5 proc.
– – dodaje ekspert.
Przedstawiciele firm tradycyjnie podkreślają, że zbyt wysoka podwyżka może negatywnie wpłynąć na sytuację małych firm oraz pracodawców z regionów słabiej rozwiniętych gospodarczo (bo to oni przede wszystkim oferują najniższe pensje). Podkreślają, że trzeba też brać pod uwagę tendencje ekonomiczne.
– – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Trudne rachunki
Inaczej kwestie te oceniają związkowcy. Dla nich priorytetem nie są liczby bezwzględne, lecz relacja płacy minimalnej do tej przeciętnej.
– – tłumaczy Norbert Kusiak, dyrektor wydziału polityki gospodarczej i funduszy strukturalnych OPZZ.
Podkreśla, że według prognoz w 2019 r. relacja ta miała wynieść 47,2 proc.
– – dodaje.
Ten sam argument podnoszą też inne związki.
– – wskazuje Marek Lewandowski, rzecznik prasowy komisji krajowej NSZZ "Solidarność".
Wiele frontów
Podkreśla, że w trakcie negocjacji na pewno poruszana będzie kwestia wzrostu płac w sektorze finansów publicznych.
– – dodaje rzecznik Solidarności.
Wiele wskazuje, że to właśnie ta kwestia – a nie wysokość minimalnej pensji – zdominuje negocjacje płacowe z rządem. Przemawia za tym m.in. częstotliwość i skala ostatnich protestów różnych grup zawodowych zatrudnionych w sektorze publicznym.
– – podsumowuje Łukasz Kozłowski.
Negocjacje w praktyce mogą trwać całe lato. Jeśli nie dojdzie do porozumienia, wysokość przyszłorocznej minimalnej płacy samodzielnie ustali rząd (ma na to czas do 15 września).