Przyjechał z Ukrainy cztery lata temu. Skończył w Warszawie studia z turystyki, potem zaczął szukać pracy. Od kilku miesięcy jest barmanem w restauracji Hard Rock Cafe. – – opowiada chłopak.
Taras nie jest wyjątkiem. Takich historii, bliźniaczo podobnych do opowieści polskich emigrantów z Londynu, Madrytu czy Dublina, jest coraz więcej. Rośnie liczba obcokrajowców pracujących w Polsce, którzy zarabiają na tyle dobrze, że są w stanie część pieniędzy wysyłać do rodzin. I podobnie jak polska emigracja z Wielkiej Brytanii, Niemiec czy Hiszpanii inwestują w nieruchomości, samochody i własne firmy.
Teraz to także nasz kraj staje się źródłem remittances. Ten – jak na razie nieprzetłumaczalny na język polski – termin oznacza transfery pieniędzy od pracujących za granicą do bliskich, którzy zostali w ojczyźnie. Tak właśnie pieniądze słali – często ratując rodziny od śmierci z głodu – irlandzcy i skandynawscy emigranci podczas wielkiej fali wyjazdów do Stanów Zjednoczonych w XIX w. Podobnie od dziesięcioleci robi blisko 20 mln Meksykanów pracujących legalnie i nielegalnie w USA. Są oni zresztą większym źródłem dochodu dla ojczyzny niż sektor turystyczny, bo rok w rok przekazują 13–18 mld dol.
Do niedawna Polska była tylko źródłem odbioru remittances, ostatnio jednak zachodzi ważna zmiana. Jak wynika z danych Eurostatu, jeszcze w 2009 r. wszyscy zagraniczni pracownicy przelali z Polski do swoich ojczyzn 7 mln euro (czyli ok. 28 mln zł), z czego ok. 3 mln poza Unię Europejską. Ale te sumy szybko rosną. W 2011 r. było to już 59 mln euro (blisko 250 mln zł), z czego aż 90 proc. przesłano poza UE. Największa część z tych transferów kierowana jest na Ukrainę. Jak odpowiedział nam Ukraiński Bank Narodowy, tylko w oficjalny sposób w 2012 r. przelano tam blisko 75 mln zł. Rok wcześniej było to ok. 60 mln, w 2010 – 47 mln, a w 2009 r. – 41,5 mln zł.
Oczywiście w porównaniu z Niemcami, Wielką Brytanią, Hiszpanią czy Włochami, gdzie pracuje znacznie więcej emigrantów, te sumy wciąż są niewielkie. – – mówi nam prof. Krystyna Iglicka, demograf z Centrum Stosunków Międzynarodowych. – – dodaje Iglicka.