Może to oznaczać, że od jesieni sieci handlowe, których obroty wynoszą miesięcznie powyżej 17 mln zł, zapłacą 0,8 proc. podatku od nadwyżki. Stawka ta wzrośnie do 1,4 proc., jeśli ich przychody przekroczą 170 mln zł. Oczywiście przy założeniu, że KE nie odwoła się od wyroku do Trybunału Sprawiedliwości UE, a PiS nie wprowadzi do tego czasu jakichś zmian w pierwotnej wersji daniny. Zwycięstwo przed unijnym sądem to, obiektywnie rzecz biorąc, sukces polskich władz. Pytanie tylko, czy akurat w tej sprawie – parafrazując klasyka – „to, co dobre dla rządu, jest dobre dla Polaków”. O ile zwiększanie obciążeń fiskalnych płaconych przez wielki kapitał jest kierunkiem uzasadnionym, o tyle akurat podatek od handlu może zapłacić nie Lidl czy Biedronka, tylko pan Janusz i pani Grażyna.

Wielcy mogą być spokojni

Podatek przychodowy to najłatwiejsza do przerzucenia na konsumentów danina publicznoprawna. Nie trzeba do tego żadnych skomplikowanych analiz, wystarczy doliczyć stawkę podatkową do ceny produktu. Jeśli tak się stanie, to w rzeczywistości daniny nie zapłaci podatnik, tylko jego klient. Oczywiście w praktyce sprawa nigdy nie wygląda tak prosto. Trzeba wziąć pod uwagę, że konkurenci mogą tego nie uczynić i konsumenci odpłyną do marketu obok. Nie jest więc nigdzie powiedziane, że wszystkie ceny w sieciach handlowych wzrosną zgodnie o ok. 1 proc.

Tyle że akurat w polskich warunkach jest to bardzo możliwe. Dominację sklepów wielkopowierzchniowych w sprzedaży detalicznej widać zarówno w twardych danych (w 2017 r. ich udział w sprzedaży FMCG, czyli dóbr podstawowego użytku, wyniósł 57 proc.), jak i gołym okiem.