Zasadą jest, że jeśli polski przedsiębiorca działa w dwóch krajach, to podatek jest zasadniczo należny w kraju rezydencji, chyba że za granicą działa zakład. Wtedy zyski z tego zakładu są opodatkowane w miejscu jego prowadzenia.

Tyle teoria. Praktyka bywa całkiem inna, co pokazuje historia polskiego przedsiębiorcy, który od lat świadczy usługi spawalnicze zarówno w Polsce, jak i w Niemczech.

Kto wyjeżdża z Polski, aby pracować za granicą

Spór o zakład

Janusz Meuś rozpoczął działalność za granicą w 2006 r., ale podatek od całości swoich dochodów (polskich i niemieckich) płacił tylko w Polsce. Był przekonany, że rozlicza się poprawnie, zwłaszcza gdy potwierdził to urząd z niemieckiego Oranienburga, który w 2009 r. przeprowadził kontrolę podatkową za lata 2006–2008. W pokontrolnym protokole stwierdził, że podatek powinien trafiać do Polski, bo przedsiębiorca nie prowadzi na terenie Niemiec zakładu.

W 2012 r. miała miejsce kolejna kontrola, za lata 2009–2011. Tym razem przeprowadził ją inny urząd – z Kleve. Z jego ustaleń wynikało całkiem co innego – że przedsiębiorca świadczy usługi spawalnicze za pomocą zakładu na terenie Niemiec i w związku z tym powinien rozliczać się z niemieckim fiskusem z tego dochodu.

Janusz Meuś był zaskoczony, bo – jak zapewnia – nic się w świadczonych przez niego usługach nie zmieniło. Sprawa trafiła do niemieckiego sądu, a ten – jak relacjonuje dalej przedsiębiorca – zażądał przedłożenia pisemnego stanowiska polskiego organu.

Podatnik uzyskał pismo naczelnika urzędu skarbowego w Kielcach, który potwierdził, że podatek jest należny i płacony w Polsce. Dla niemieckiego sądu jednak pismo to okazało się niewystarczające. Zalecił uzyskanie potwierdzenia od organu wyższej instancji.

W 2013 r. przedsiębiorca wystąpił więc o interpretację indywidualną. Szczegółowo opisał, na czym polegają świadczone przez niego usługi. Stwierdził zarazem, że nie prowadzi zakładu na terenie Niemiec. Do wniosku załączył wiele dokumentów, w tym umowy kontraktowe.

Interpretacji jednak nie dostał. Polski fiskus stwierdził, że przedstawione mu zagadnienie nie kwalifikuje się do rozpatrzenia w tym trybie, bo dotyczy właściwości miejscowej urzędu skarbowego, a nie wykładni przepisów prawa.

Skutek był taki, że niemiecki sąd gospodarczy umorzył postępowanie, a urząd podatkowy w Kleve wymierzył podatek od dochodów niemieckiego zakładu za lata 2009–2011. Daninę ściągnął, blokując konta bankowe przedsiębiorcy i zajmując jego należności od niemieckich kontrahentów.

Przedsiębiorca jest przekonany, że sprawa potoczyłaby się inaczej, gdyby polski fiskus wydał interpretację w ustawowym terminie 3 miesięcy, a nie zwlekał 3 lata.

Deska ratunku

W tym czasie ten sam dochód (z działalności w Niemczech) był już opodatkowany w Polsce.

Podatnik zawiadomił więc polskiego ministra finansów, że doszło do podwójnego opodatkowania. Ten po 10 miesiącach wszczął procedurę wzajemnego porozumiewania. Zakończyła się ona dopiero w 2018 r.

W tym czasie, tuż przed przedawnieniem zobowiązania za lata 2009–2011, Janusz Meuś złożył wniosek o zwrot nadpłaty do urzędu skarbowego w Kielcach. – Urząd przeprowadził u mnie trzy kontrole podatkowe i uznał, że podatku nie odda, bo jest on w całości należny w Polsce – opowiada przedsiębiorca.

Za to w 2016 r. doczekał się w końcu interpretacji podatkowej, o którą starał się 3 lata wcześniej. Do jej wydania zmusił fiskusa Naczelny Sąd Administracyjny (wyrok o sygn. akt II FSK 1477/14). Co więcej, wykładnia dyrektora Izby Skarbowej w Łodzi była korzystna dla podatnika. Wynikało z niej bowiem, że „skoro Wnioskodawca prowadził działalność gospodarczą w Polsce, wykonując usługi w Niemczech, jednakże nie przez położony tam zakład w rozumieniu art. 5 cytowanej umowy, na co wskazuje opis stanu faktycznego, to przychód osiągany z tytułu wykonywania ww. działalności – zgodnie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania podlega opodatkowaniu wyłącznie w państwie rezydencji, tj. w Polsce” (nr IPTPB1/415-354/13-7/16-S/KLK).

Przez cały ten czas przedsiębiorca dalej płacił w Polsce podatek od całości swoich dochodów, a Niemcy ściągali przymusowo podatek od dochodów rzekomego niemieckiego zakładu. Dlaczego tak robił? Bo gdy raz, w 2016 r., nie uregulował daniny, urząd skarbowy w Kielcach sam ją wyegzekwował.

– Ściągnięto wtedy ode mnie 250 tys. zł, opodatkowując zarówno dochody z usług świadczonych w Polsce, jak i w Niemczech – tłumaczy Janusz Meuś. Dodaje, że od tej pory woli sam płacić w kraju podatek od całości dochodów.

Sugeruje się również decyzją naczelnika urzędu skarbowego w Kielcach z 16 lutego 2017 r., który odmówił mu odroczenia terminu płatności podatku. Stwierdził, że wydana po 3 latach interpretacja podatkowa jest wiążąca i całość dochodów powinna być opodatkowywana w naszym kraju.

Porozumienie po latach

W 2018 r. polska i niemiecka administracja podatkowa porozumiały się w końcu w sprawie podatku za lata 2009–2012. Z ustaleń, na które przystała strona polska, wynikało, że Janusz Meuś prowadził w tych latach zakład na terenie Niemiec i tam powinien rozliczać się z jego zysków. Polska powinna natomiast zastosować w tym przypadku metodę wyłączenia z progresją i oddać przedsiębiorcy tę część podatku, która się w naszym kraju nie należała.

Wydawałoby się, że sprawa zakończyła się dla przedsiębiorcy pomyślnie, ale nic bardziej mylnego. Danina do dziś jest w budżecie, bo porozumienie nie zostało wdrożone. Dlaczego?

– Kielecki urząd skarbowy wciąż żąda ode mnie dokumentów, które pozwoliłyby mu precyzyjnie wyliczyć wysokość nadpłaconego podatku – tłumaczy Janusz Meuś.

Wskazuje, że wszystkie niezbędne papiery muszą być w posiadaniu urzędników, bo przecież sami prowadzili za ten czas trzy kontrole podatkowe w jego firmie. Wiadomo też, ile podatku za te lata ściągnęli sobie Niemcy.

Fiskus nie idzie na ugodę

Nie mogąc dogadać się z polskim fiskusem w sprawie zwrotu podatku, przedsiębiorca obrał inną drogę. Wezwał ministra finansów do ugody, żądając odszkodowania. Jako podstawę swoich roszczeń wskazał art. 417 kodeksu cywilnego (niezgodne z prawem działanie lub zaniechanie przy wykonywaniu władzy publicznej). Uważa, że gdyby dostał interpretację indywidualną w terminie, a nie czekał na nią 3 lata, to nie doszłoby do podwójnego opodatkowania. Przekonuje również, że MF nie miało prawa pomijać w procedurze porozumiewawczej otrzymanej przez niego w końcu interpretacji.

Resort finansów nie zgodził się jednak na ugodę. Stwierdził, że nie przyczynił się do podwójnego opodatkowania, nie odpowiadając w terminie na pytanie podatnika. Podkreśla, że interpretacje podatkowe nie służą do unikania podwójnego opodatkowania, bo ich skutki sięgają tylko granic Polski. Co więcej, interpretacja ta i tak nie dawałaby podatnikowi ochrony, bo podany w niej stan faktyczny różnił się od rzeczywistego. – Przedsiębiorca z góry założył, że nie prowadzi na terenie Niemiec zakładu, a jak wykazały późniejsze ustalenia, było całkiem inaczej – przekonuje MF.

Wyjaśnia, że jeśli Janusz Meuś nie zgadza się z niemieckim fiskusem w sprawie tego, że prowadził w Niemczech zakład, to z nim – a nie z polskim ministerstwem – powinien toczyć o to boje.

MF podkreśla, że to nie jego wina, iż niemieckie organy podatkowe zmieniły zdanie w sprawie opodatkowania dochodów przedsiębiorcy.

Przekonuje też, że ustalenia procedury wzajemnego porozumiewania nie mogą zostać wdrożone z uwagi na brak współpracy ze strony polskiego przedsiębiorcy. Mówiąc wprost: naczelnik urzędu skarbowego w Kielcach nie może zwrócić podatku od niemieckich dochodów, bo przedsiębiorca nie przedłożył mu dokumentacji źródłowej, która pozwoliłaby ustalić przychody i koszty niemieckiego zakładu i wyliczyć kwotę podatku, którą ma oddać polska strona.

Twierdzeniom tym stanowczo zaprzecza podatnik. Zapewnia, że żądaną dokumentację przedłożył w urzędzie skarbowym.

Nie pierwszy przypadek

Historia Janusza Meusia to niejedyny przypadek, w którym przedsiębiorca ponosi negatywne skutki braku porozumienia między dwoma krajami.

Podobną sprawą zajmował się Naczelny Sąd Administracyjny 19 lutego 2013 r. (sygn. akt II FSK 1300/12). Chodziło o podatnika, który w 2008 r. realizował na terytorium Finlandii usługi wynikające z umowy zawartej z niemieckim zleceniodawcą, polegające na wykonaniu rysunków technicznych. Nie posiadał dla swojej działalności w Finlandii żadnego adresu. Siedziba jego firmy znajdowała się w Polsce. Tutaj też rozliczył daninę od całego swojego dochodu.

Fiński urząd stwierdził jednak, że część daniny powinna trafić do niego. Podatnik więc ją zapłacił, a w Polsce złożył wniosek o stwierdzenie nadpłaty. Na jej zwrot nie zgodził się z kolei polski urząd, bo uważał, że całość dochodów powinna być rozliczona w Polsce.

W rezultacie dochody zostały opodatkowane podwójnie – bo oba kraje obstawały przy swoim stanowisku.

Gdy sprawa trafiła przed NSA, sąd kasacyjny orzekł, że błąd popełnili Finowie, ale podkreślił, że nie zwalnia to z obowiązków wobec polskiego fiskusa. Dodał, że podatnik mógł wystąpić o wszczęcie procedury wzajemnego porozumiewania się, bo tylko ona może doprowadzić do wyeliminowania podwójnego opodatkowania. Jej wynik mógłby stanowić podstawę do wznowienia postępowania, zgodnie z art. 240 par. 1 pkt 10 ordynacji podatkowej.

Marny efekt

Janusz Meuś z takiej procedury skorzystał, ale jak widać z marnym skutkiem. Co prawda organy podatkowe doszły do porozumienia, który z nich powinien pobrać podatek od usług wykonanych za granicą (wyszło na to, że Niemcy), ale nie dość, że porozumienie dotyczy tylko lat 2009–2012, to na dodatek polska strona nie chce zwrócić pobranego za ten okres podatku z uwagi – jak twierdzi – na brak dokumentów. Nie wiadomo też, co z kolejnymi latami, co do których oba kraje się nie porozumiały.

opinia

Zabrakło zwykłej empatii

N
iestety, ale w opisanej sprawie można dostrzec zaniedbanie zarówno po stronie przedsiębiorcy, jak i po stronie polskiej administracji podatkowej.

Przedsiębiorca, który prowadzi biznes transgraniczny, powinien mieć świadomość, że z
zasady podlega opodatkowaniu w obydwu państwach. Nie ma oczywiście obowiązku znać szczegółowo konsekwencji podatkowych związanych z powstaniem tzw. zakładu czy też samego przebiegu procedury wzajemnego porozumiewania się, ale dlatego właśnie powinien zdać się na pomoc profesjonalisty. Oszczędności w takim przypadku, jak widać na tym przykładzie, mogą się skończyć znacznie większymi kosztami. Trudno jednak nie dostrzec również winy po stronie resortu finansów i terenowego aparatu fiskusa. Po pierwsze, pojawia się pytanie, dlaczego przez trzy lata odmawiano wydania interpretacji indywidualnej w rzekomo tak prostej sprawie? Oczywiście przedsiębiorca prawdopodobnie nie skonstruował pytania na tyle precyzyjnie, aby ewentualna interpretacja go chroniła, ale tym bardziej dziwi trudność z wydaniem odpowiedzi. Co równie istotne, wydaje się, że fiskusowi chyba zabrakło swego rodzaju empatii, gdy przedsiębiorca zdecydował się w końcu na wszczęcie procedury wzajemnego porozumiewania się. Formalnie resort finansów nie może jej rozpocząć sam i musi czekać na wniosek podatnika. Gdy jednak ten został już złożony, to można było przypuszczać, że podatnik będzie na bieżąco instruowany, jak ma postępować, aby wyeliminować podwójne opodatkowanie. Pojawia się więc pytanie, czy przedsiębiorca na pewno został na tym etapie odpowiednio poinformowany o tym, jakie dokumenty będą potrzebne w sprawie, w jaki sposób i w jakich ramach czasowych przebiega procedura i jaki będzie jej prawdopodobny efekt. Jeśli tego zabrakło, to trudno się dziwić rozżaleniu przedsiębiorcy, który po latach nie ma tych dokumentów i choć chciał tylko uniknąć podwójnego opodatkowania, bo stracił czas i pieniądze. Można mieć tylko nadzieję, że takie historie się obecnie nie powtarzają, bo zdecydowanie nie są one zachętą dla polskich przedsiębiorców do prowadzenia biznesu za granicą. A to jest w interesie nas wszystkich.

Lepiej nie będzie

Paradoksalnie, mimo opisanych kłopotów Janusz Meuś i tak może mówić o szczęściu, bo w jego przypadku procedura wzajemnego porozumiewania się przyniosła jednak wynik. Wprawdzie gorzej z jego wdrożeniem, ale wielu podatników nawet i na to nie może liczyć. W większości polskich umów nie tylko nie określono czasu, w jakim spór powinien zostać rozstrzygnięty, ale też nie zagwarantowano, że procedura ma przynieść jakikolwiek efekt. Oba państwa mają jedynie dołożyć wszelkich starań, aby do tego doszło.

Zmienić ma to dopiero dyrektywa Rady UE 2017/1852 z 10 października 2017 r. w sprawie mechanizmów rozstrzygania sporów dotyczących podwójnego opodatkowania w Unii Europejskiej.

W Polsce jej zasady mają zostać wdrożone ustawą o rozstrzyganiu sporów dotyczących podwójnego opodatkowania oraz zawieraniu uprzednich porozumień cenowych (projekt jest w konsultacjach publicznych).

Z unijnej dyrektywy wynika, że w odniesieniu do sporów powstałych od 2018 r. państwa mają realnie dwa lata od akceptacji wniosku podatnika (w niektórych przypadkach trzy lata) na wyjaśnienie, któremu z nich należy się podatek. Jeśli procedura nadal nie przyniesie rezultatu, to poszkodowany podatnik może zażądać powołania niezależnego komitetu składającego się z od trzech do pięciu arbitrów. Jego wyrok będzie wiążący dla zainteresowanych państw.

Gdyby więc problem Janusza Meusia powstał obecnie, to byłaby szansa na to, że szybciej rozstrzygnięto by, gdzie ma zostać pobrany podatek od dochodów niemieckiego zakładu.