Z Tomaszem Gajderowiczem, doktorem nauk ekonomicznych, adiunktem na UW, dyrektorem ds. badań w Fundacji Naukowej Evidence Institute i konsultantem Banku Światowego rozmawia Jakub Pawłowski.
Jakub Pawłowski, Dziennik Gazeta Prawna: Co Bank Światowy może wiedzieć o górnikach i sytuacji na terenach górniczych w Polsce?
Tomasz Gajderowicz: Teraz już wie bardzo dużo. Przez dwa lata wsłuchiwaliśmy się w głosy mieszkańców Śląska, Dolnego Śląska i Wielkopolski, czyli regionów, w których górnictwo węglowe od lat jest fundamentem lokalnych gospodarek i daje łącznie ponad 100 tys. miejsc pracy, licząc z dostawcami. Naszym zadaniem było zrozumienie i opisanie, kim są, jakie potrzeby i pragnienia zawodowe mają ludzie, którzy zostaną dotknięci przez czekającą nas transformację energetyczną. Tak na marginesie powiem, że już samo słowo „dotknięci” wzbudza czasem kontrowersje.
Dlaczego?
Reklama
Według niektórych już na początku narzuca narrację, że transformacja musi być czymś trudnym i dotkliwym, a tak przecież nie musi i nie powinno być. Ja nie jestem jednak takim optymistą. Mówiąc dyplomatycznie: perspektywy dla regionów, które badaliśmy, są ogromne, ale wyzwań też jest co niemiara.
Ja częściej spotykam się z przekazem, że przed górnikami stoi wielka szansa, bo zamiast niebezpiecznego fedrowania czekają na nich o wiele atrakcyjniejsze prace przy zielonych, ekologicznych technologiach.
Proszę spróbować powiedzieć to górnikom dołowym na Śląsku. Z naszych badań preferencji wynika, że dla wielu z nich praca przy budowie farm wiatrowych jest po prostu poniżająca. W Wielkopolsce jest inaczej, ale na Śląsku niektórzy byliby nawet gotowi zaakceptować niższe pensje i zatrudnienie w transporcie czy turystyce, byleby tylko nie pracować np. przy instalowaniu paneli fotowoltaicznych.
Bo nie jest to prawdziwa praca?
Przemysł zielonej energii w odczuciu części z nich zabiera im dumę i tożsamość lokalną, którą budowano przez pokolenia. Tracą estymę i poczucie reprezentowania kluczowego sektora gospodarki, który ostał się przez dziesięciolecia, a teraz ma zostać pogrzebany, bo ktoś - gdzieś daleko, na najwyższych szczeblach - tak zadecydował. Trudno się dziwić, że to rodzi wrogość. Dla wielu odejście od węgla to odejście od świata, który dobrze znali. Jeśli tego nie zrozumiemy, całe wsparcie będzie kompletnie chybione. W jednym z regionów był nawet projekt, który miał zapewnić przekwalifikowanie i zatrudnienie dla kilku tysięcy osób, właśnie w sektorze OZE. Na papierze potencjał wydawał się ogromny, ale ostatecznie szkolenie otworzono dla 300 osób, zgłosiło się 100, przyszło kilkanaście, a ukończyło zaledwie kilka. Nikt nie pomyślał, czy ta oferta jest w ogóle skrojona pod potrzeby i czy odpowiada na preferencje ludzi, których ma dotyczyć - nie tylko pod względem finansowym, lecz przede wszystkim w zakresie innych cech pracy. To nagminny błąd, który popełniano w programach rynku pracy już wielokrotnie. Ktoś z góry przychodzi i mówi, że teraz zamykamy fabrykę, która mogła być sercem regionu, i narzuca, co będzie w jej miejsce. Liczby się zgadzają. Optyka takiego centralnego sterowania jest prosta: mamy tylu i tylu potencjalnych pracowników o takich, a nie innych kompetencjach, ale nie zastanawiamy się, na czym im zależy, czego się boją, o jakiej przyszłości marzą. W trzech regionach węglowych działaliśmy dokładnie odwrotnie, zaczynając od potrzeb i pragnień pracowników - zajrzeliśmy w dusze pracowników kopalń, elektrowni i mieszkańców najbardziej dotkniętych gmin.