Choć w ostatnich dwóch–trzech latach coraz głośniej mówi się o konieczności walki z wykluczeniem komunikacyjnym, problem wciąż się pogłębia. Prawdziwe spustoszenie wywołała pandemia COVID-19. Wciąż słychać o upadku kolejnych przewoźników oraz zamykaniu lokalnych tras. Na przykład we wrześniu ostatnie kursy skasował PKS "Trans-Pol" Legnica, a PKS w Bolesławcu wprowadził ogromne cięcia. Całkiem niedawno przewozy zlikwidował łódzki PKS. Według danych GUS w 2020 r. liczba podróżnych pozamiejskiej komunikacji autobusowej w stosunku do roku poprzedniego spadła o ponad połowę – z 327 mln do 157 mln. A w 2000 r. było ich 955 mln. Jeszcze w 2005 r. długość regularnych linii autobusowych wynosiła prawie 1,3 mln km, a w zeszłym roku zmniejszyła się do 480 tys. km.
Reklama
Zanikanie transportu publicznego oznacza, że w wielu rejonach kraju mieszkańcy są zmuszeni do korzystania z samochodów. To zaś sprawia, że narastają inne problemy. Korki, które kiedyś widzieliśmy w dużych miastach, teraz paraliżują mniejsze ośrodki. Duży problem mają osoby starsze, które nie mogą dotrzeć do lekarza czy na zakupy. To też spory kłopot dla uczniów dojeżdżających do szkół średnich, bo ciężar codziennego ich dowożenia na lekcje często spoczywa na rodzicach (samorządy mają obowiązek zapewnienia dowozu jedynie uczniom podstawówek).