W wirtualnej rzeczywistości polskich mediów trwa od lata nieustanne celebrowanie cierpienia migrantów na granicy z Białorusią. Jak wygląda to na co dzień, każdy widzi. Śmierć jednego nieszczęśnika z Bliskiego Wchodu, który zmarł z zimna w lesie, gdzieś w okolicy Bobrowników, czy Białowieży sprzedaje się lepiej niż zgon trzystu pechowców, którzy udusili się w tym samym czasie z powodu COVID. Ich cierpienia są prywatnym nieszczęściem i zwyczajnie się już opatrzyły. W efekcie generują mniejsze zasięgi medialne. Nie to, co konający imigrant, a najlepiej matka z dzieckiem.

Reklama

Ich historie natychmiast powodują rezonowanie ze strony licznego grona osób, pełniących w liberalnych mediach rolę autorytetów. W przypadku prostych celebrytów objawia się ono bluzgiem na portalach społecznościowych, który błyskawicznie podchwytują wszystkie środki masowego przekazu, bo przynosi największą klikalność lub oglądalność. Osoby czerpiące dochody z innych źródeł niż sprzedawanie swej prywatności, rezonują nie mniej emocjonalnie, acz bez wulgaryzmów. W każdym razie treść przekazu jest bardzo prosta – musimy migrantom pomóc.

Przez liberalne media przepływa nieustanny potok żądań wobec władzy

Niestety w realnym życiu dobre chęci (nie przypadkiem od wieków wiadomo, że to właśnie nimi jest wybrukowane piekło) mają swe konsekwencje. Prawdziwa pomoc to wpuszczenie migrantów do Polski i otoczenie opieką, a także pozwolenie na to, żeby tu pozostali, jeśli sąsiednie kraje (co okazuje bardzo prawdopodobne) natychmiast zamkną swe granice. Wszelkie inne rodzaje „pomagania” są jak podawanie aspiryny duszącemu się pod respiratorem - może i nie zaszkodzi, ale zdecydowanie nie pomoże. Tymczasem rząd Zjednoczonej Prawicy na wpuszczenie migrantów absolutnie nie zamierza przystać. Tak podsycając emocje ludzi, którzy bez wątpienia należą do elit intelektualnych i twórczych. W efekcie przez liberalne media przepływa nieustanny potok żądań wobec władzy i pretensji wobec służb państwowych, że wykonują rozkazy rządzących. Ile przez ostatnie miesiące powieszono psów na Straży Granicznej, policji, wojsku, nie sposób policzyć. Chyba powoli więcej, niż tych czworonogów zamieszkuje w III RP. Moment, gdy białoruskie służby wyodrębniły spośród migrantów bojówki, uzbroiły je w kamienie i granaty hukowe, po czym pchnęły do szturmu, jedynie trochę to wyciszył.

Te kilka miesięcy starań, by uwrażliwić zwykłych Polaków na cierpienie przybyszy z Bliskiego Wschodu, pokazały w tej kwestii jedynie głęboką impregnację na treści płynące za pośrednictwem mediów głównego nurtu. W naszym społeczeństwie, jeśli jakiś przekaz wzbudził nieufność, to generalnie nie ma siły, żeby to się zmieniło. Tu dobrym przykładem są szczepienia przeciw koronawirusowi. Spośród wszystkich treści, jakie są przekazywane przez rządową TVP oraz TVN, ta jedna jedyna jest identyczna – dzięki szczepionce można uratować własne życie i chronić bliskich. Mimo to prawie połowa dorosłej populacji Polaków stwierdziła, że się nie zaszczepi i już. Przytłaczająca większość mediów przekonuje lub prosi, by się zaszczepili. A oni i tak się nie zaszczepią. Cóż dopiero w takiej kwestii, jak kryzys na granicy, gdy brak jednolitego przekazu. Tu impregnacja na wybrane treści z liberalnych mediów okazuje się masowa.

Opozycja między młotem a kowadłem

W tym właśnie miejscu zaczyna się sprzężenie zwrotne, które powoduje, że opozycja, (wyłączając z tego Konfederację) znalazła się między młotem a kowadłem.

Gdy w 2015 r. Platforma Obywatelska i PSL przegrały wybory, najcenniejszym kapitałem politycznym, jaki im pozostał, były wrogie Prawu i Sprawiedliwości media oraz intelektualne i kulturalne elity. Przez pierwsze lata wydawało się, że ten kapitał jest tak cenny, iż musi nieuchronnie przynieść powrót opozycji do władzy. Rządy Zjednoczonej Prawicy jawiły się, jako pewien rodzaj aberracji, skazanej na nieuchronne przeminięcie. Taka diagnoza mogła okazać się bliska prawdy, gdyby nie to, że cały świat nagle zaczął nam się strasznie zmieniać. Wprawdzie nadal jeszcze żyjemy złudzeniami, iż spokojne czasy wkrótce wrócą, niestety są one kompletnie irracjonalne. Pandemia, wejście USA w otwarty konflikt Chinami, wyjście Wielkiej Brytanii z UE, zmiany klimatyczne oraz mnóstwo innych zdarzeń zaburzyło dotychczasowy stan światowej równowagi. Znalezienie nowej trwa zawsze długo, a w międzyczasie następuje wysyp: konfliktów, kryzysów oraz zagrożeń. Przerzucanie przez reżym Łukaszenki migrantów z Bliskiego Wschodu nad polską granicę, to nadal tylko przedsmak tego, co jeszcze może nas czekać. Jednak już on wystarczył, by wpływać na postawę społeczeństwa.

Rzeczą coraz ważniejszą okazuje się poczucie bezpieczeństwa. Wobec codziennych problemów, jakie przynoszą: epidemia, wzrost cen, zapaść służby zdrowia, itd. staje się ono bardzo pożądanym dobrem. Jego namiastkę dają państwowe służby: wojsko, policja, Straż Graniczna. Pod warunkiem, iż potrafią udowodnić swą skuteczność. Jak na razie na granicy z Białorusią ją udowadniają. Wrażenie większego bezpieczeństwa buduje też poczucie bycia solidarną wspólnotą. Taka wspólnota łaknie zaś powodów do bycia z czegoś dumną. Na przykład z tego, że Polska potrafiła postawić się tyranowi, trzęsącemu całą Białorusią i nie uległa jego szantażowi.

Elity i liberalne media idą pod prąd społecznym potrzebom

Dokładnie pod prąd tym społecznym potrzebom idą elity i liberalne media. W odniesieniu do kryzysu granicznego żądają bowiem od obywateli zgody na ryzyko i poświęcanie poczucia bezpieczeństwa na ołtarzu wzniosłych ideałów humanitaryzmu. Wpuszczenie kilku tysięcy muzułmańskim migrantów z Bliskiego Wschodu wzbudza duże obawy, lecz jeszcze większe pewność, iż potem Łukaszenko dostarczy na granicę kolejną grupę i kolejną. Co gorsza, żądaniom elit towarzyszą histeryczne ataki na służby mundurowe, że są brutalne, przepychają przybyszy z powrotem na Białoruś, wykonują polecania rządu. To jednoznacznie kojarzy się z domaganiem się niewykonywania rozkazów. Czyli w odczuciu łaknącego bezpieczeństwa obywatela, zaprzestania bronienia granicy i wpuszczenia zagrożenia do kraju. Ale i tak najgorsze wrażenie sprawia przykładanie większej wagi do cierpień migrantów, niż polskich policjantów, którzy oberwali od nich kamieniami.

Tak oto na oczach społeczeństwa w liberalnych mediach elita przedkłada wyżej dobro „obcych” nad dobro „swoich”. Dla opozycyjnych partii (poza Konfederacją) jest to niczym pocałunek śmierci. Liberalno-lewicowa bańka medialna może do woli napawać się swą wyższością moralną i humanitaryzmem, ale to nie jej głosy rozstrzygną o wyniku wyborów za dwa lata.

Liderzy opozycji miotają się straszliwie

Na dokładkę Unia Europejska i NATO solidarnie stanęły po stronie rządu III RP oraz tego, jakimi metodami polskie służby pilnują granicy. Coraz to inny, zachodni polityk obronę tę chwali, a nie gani. Żaden z nich nie przedłoży bowiem interesu najbardziej proeuropejskiej części społeczeństwa w Polsce nad poczucie bezpieczeństwa obywateli we własnym kraju. I tu następuje kumulacja paradoksów. Oto najcenniejszy do niedawna kapitał polityczny stronnictw opozycyjnych stał się dla nich kamieniem wiszącym u szyi i ciągnącym w stronę sondażowego dna. Liderzy: Platformy, PSL, Polski 2050 nie mogą sobie bowiem pozwolić na to, by ulec presji stale płynącej z mediów i żądać tego samego. Jeśli by się tak stało, żadna z tych partii nie przyciągnie nowych wyborców i może jeszcze stracić sporo dotychczasowych. Miotają się więc straszliwie, usiłując łączyć wezwanie do pomagania migrantom z opowiadaniem się za trzymaniem szczelności granicy. Albo też po prostu znikają i przeczekują w ciszy, aż wreszcie ten koszmar dobiegnie końca (acz w przypadku Donalda Tuska, który najwyraźniej jest świadom paradoksu, w piątek postanowił powrócić na scenę i stawić mu czoła).

W spokojnych czasach taktyka uników lub przeczekiwania miałaby spore szanse powodzenia. Zjednoczone Prawica coraz bardziej się degeneruje i korumpuje. Jej rząd wisi w parlamencie na minimalnej większości. Polska samotnie dryfuje w Unii Europejskiej, nie potrafiąc żadnego z konfliktów zakończyć z korzyścią dla siebie. Wprowadzane reformy wewnętrzne generują głównie chaos. Zaś próbujący tym wszystkim zarządzać prezes Kaczyński dorzuca kryzysy, które podporządkowany mu rząd bohatersko potem przezwycięża. Trwa epidemia, rosną ceny, idzie zima. Jednym słowem kolejne wybory opozycja powinna wygrać w cuglach. Tyle tylko, że w rozchwianym świecie, nawet jeśli kryzys na białoruskiej granicy dobiegnie końca i tak w kolejce ustawią się kolejne. Jednocześnie można mieć wręcz pewność, iż jeśli wraz z nowym kryzysem pojawią się dylematy moralne (a raczej pojawią) elity i liberalne media znów zażądają od Polaków poświęceń. Tak, aby byli nawet lepsi od Chrystusa i w imię zbawiania świata sami przybili się do krzyża. Zwykli obywatele dobrze wiedzą, iż to cholernie boli i grozi zgonem, znów nie wyrażą na to ochoty. Opozycja natomiast jak zwykle znajdzie się między młotem a kowadłem. Definitywne wyrwanie się z tej powtarzalnej opresji, staje się więc dla niej kluczową sprawą. Zwłaszcza, że wbrew marzeniom elit społeczeństwa nie da się wymienić na jakieś inne.