Rozmawialiśmy ostatnio, gdy kończył się pierwszy lockdown. Wielu mówiło wtedy, że na koniec 2020 r. będziemy mieć 10-procentowe bezrobocie. Dziś wynosi ono 6,6 proc., czyli o 1 pkt proc. więcej niż przed pandemią. Prognozy były błędne?
Reklama
Gdy rozmawialiśmy w maju, mieliśmy już wyniki pierwszej fazy naszego badania "Diagnoza plus". W przeciwieństwie do tego, co pokazywały dane z powiatowych urzędów pracy, już wtedy wskazywaliśmy na znaczny wzrost liczby osób, które pracę straciły, ale w warunkach lockdownu nie szukają nowej. Tak zdefiniowane bezrobocie wynosiło pod koniec kwietnia nawet 10 proc. Była to sytuacja niewesoła, ale znacznie mniej dramatyczna niż 25 proc. bezrobocia w USA. Mówiliśmy wówczas, że amerykański dramat się w Polsce nie przydarzy i rzeczywiście się tak się nie stało.
Dlaczego?
Kwestia charakteru rynku pracy. W Europie, poza kilkoma krajami, w kryzysach takie skoki bezrobocia po prostu nie zachodzą.
To zasługa hojnych, państwowych programów wsparcia?
Nie. Nasz kodeks pracy czy w ogóle stosunki pracy są tak skonstruowane, że w warunkach kryzysu pracodawcy mogą nie zatrudniać nowych osób, nie proponować przejścia z umów czasowych na bezterminowe czy przerywać umowy czasowe, ale nie ma zbyt wielu mechanizmów, które skłaniałyby do masowych zwolnień. Nawet gdy w latach 90. nasz kraj przechodził z gospodarki centralnie planowanej na rynkową, masowe zwolnienia nie były w sensie statystycznym normą. Za wzrostem bezrobocia w większym stopniu stało to, że nie tworzono nowych miejsc pracy, oraz bankructwa niż zwolnienia jako takie. One się wryły w pamięć, szczególnie lokalnie, ale polscy pracodawcy ogólnie nie zwalniają masowo, więc nie robią tego też w pandemii. Jednym z powodów jest to, że znalezienie nowych, dobrych pracowników wcale jest łatwe – a tym trudniejsze, gdy wszyscy wychodzą z kryzysu i zatrudniają.
Czyli firmy nie "chomikują" pracowników tylko dlatego, że dostały subwencję antykryzysową?
Możliwe, że istnieją firmy, dla których tzw. tarcze były decydujące, bo mechanizmy zawarte w przepisach dają bodźce do takich zachowań. I jak to w Polsce, nie ma żadnych systematycznych danych, więc trudno się odnieść do tezy, że takich przedsiębiorstw jest dużo czy mało. Wiadomo za to, że więksi pracodawcy nie zwalniają, bo jeszcze nie bankrutują, tj. nadal większość firm zatrudniających powyżej dziewięciu pracowników jest poniżej tego progu.
Jeszcze. Większość.
Tak. Ten próg zależy nie tyle od poziomu wsparcia antykryzysowego, ile od rodzaju przedsiębiorstwa. Jest on wyższy dla firm działających w dużej skali, niższy dla firm lokalnych. Duże korporacje od razu rozpisały sobie pandemię na rok, dwa do przodu, mając lepsze standardy zarządzania i planowania strategicznego. W mniejszych firmach, działających w skali lokalnej, zależność od aktualnych obostrzeń jest większa, trudniej robić plany, trzeba je ciągle zmieniać. Rano można działać, wieczorem już nie, rano mają dotację, wieczorem przestają się kwalifikować. Do tego dochodzą indywidualne emocje związane z pandemią – człowiek zaczyna działać jak na froncie, tj. głównie uchyla się przed kulami. To m.in. dlatego w sektorach zamrożonych czy tych bezpośrednio z nimi powiązanych upadłości mamy proporcjonalnie więcej.
To kiedy próg, o którym pani mówi, zostanie przekroczony?
Jak to w Polsce: nie wiadomo. Danych nie zbieramy. Zero kreatywności w wykorzystywaniu przez administrację danych z systemów bankowych, płatniczych, itp. Za niewiedzą idzie chaotyczna polityka, która wzmacnia chaos w decyzjach firm. Popatrzmy chronologicznie: jeszcze przed lockdownami wiele polskich przedsiębiorstw zareagowało panicznie i przerywało umowy czasowe już w styczniu. Potem był lockdown, gadanie o tarczach, w końcu przelewy i wakacje – wszyscy myśleli, że teraz już tylko będzie lepiej. Z okopów i uchylania się przed kulami weszli w tryb "przeczekania, bo koniec już blisko". Przyszła jesień, okazało się, że na kilku miesiącach zastoju się nie skończy, druga fala była zdecydowanie większa niż pierwsza, a do lata 2021 r. daleko. Choć na razie fali masowych upadłości w gospodarce nie ma, to w branżach zamrożonych i bezpośrednio z nimi powiązanych skalę dramatów widać gołym okiem. Zamknięte restauracje i sklepy, puste witryny nie są pojedynczymi obrazkami, lecz mają charakter powszechny.
Ale dla statystyk niewidoczny.
Bo zamknięcie restauracji nie oznacza zamknięcia działalności gospodarczej. Co wiąże się z tym, że polski przedsiębiorca ma zazwyczaj kilka obszarów działalności. I choć zdziesiątkowany, nadal widnieje w rejestrze CEIDG. Mierzenie skali upadłości w oparciu o liczbę podmiotów w tym rejestrze jest w sposób oczywisty ułomne.
Reklama
W sektorach zamrożonych sporo się zatrudnia na szaro, więc pewnie mamy dzisiaj bezrobocie, którego też nie widać w statystykach…
Częściowo pewnie tak – tam, gdzie firma pada, praca znika. Pamiętajmy jednak, że polska szara strefa ma charakter nie tyle zatrudnieniowy ile płacowy: część wynagrodzenia dostaje się oficjalnie, a część w kopercie. Gdy zaczynaliśmy robić „Diagnozę plus”, wychodziło nam, że co czwarty Polak miał istotnie zredukowaną pensję, zamrożone dodatki i premie, zniknęły koperty. Myśleliśmy, że to przejściowe, ale zjawisko zelżało tylko w niewielkim stopniu – teraz dotyczy to co szóstego Polaka. Z kolei tylko 60 proc. osób deklaruje, że ich dochody są mniej więcej takie same w porównaniu z możliwym scenariuszem bez pandemii. Ważniejsze jest inne zjawisko, typowo pandemiczne, które sprawia, że wielu ludzi bez pracy pozostaje dla statystyk niewidzialnymi. Aby zostać uznanym za osobę bezrobotną, trzeba jednocześnie nie mieć pracy, chcieć ją mieć, móc ją podjąć i aktywnie jej poszukiwać. W pandemii tylko to ostatnie kryterium ma znaczenie: mnóstwo ludzi nie szuka pracy, bo po prostu nie ma jak. Ale to automatycznie klasyfikuje ich jako osoby nieaktywne, wyłączone z siły roboczej.
To błąd metodologiczny?
Taka jest definicja bezrobocia, która pozwala na międzynarodowe porównania i porównania w czasie. Tyle że ta miara ma mniejsze zastosowanie w czasie pandemii, gdy jesteśmy pozamykani, nie ma możliwości nawiązania sensownej komunikacji z nowym pracodawcą itd.
Ile według waszej "Diagnozy plus" bezrobocie wynosi obecnie?
Zgodnie z danymi z badań ankietowych GUS liczba osób bez pracy, które chcą ją mieć, wzrosła o ok. 15 proc., czego nie rozumiem i co dopiero teraz możemy zacząć analizować. Według danych z urzędów pracy zarejestrowanych jest obecnie o ok. 25 proc. więcej osób niż przed rokiem. Według naszych danych rejestruje się średnio co trzeci bezrobotny, a liczba osób bez pracy, które ją miały przed pandemią i chciałyby ją mieć także dziś, wzrosła o ok. 50 proc. To daje bezrobocie na poziomie ok. 6 proc.
Trend w ciągu ostatniego roku jest stały?
Sezonowość bezrobocia w danych z rejestrów urzędów pracy zanikła. W naszych danych poziom bezrobocia jest zależny od lockdownu: rośnie, gdy zamrażamy gospodarkę, obniża się, gdy zdejmujemy restrykcje.
Tej dynamiki nie widać w oficjalnych statystykach.
Nie mam prostej odpowiedzi na to, dlaczego lockdownów nie widać w danych z rejestrów, poza tym, że ludzie się nie rejestrują. Dane z badań ankietowych GUS są raz na kwartał – zbyt rzadko, by wyłapać wahania związane z lockdownami. Inna sprawa, że indywidualne opowieści pracowników rysują obraz znacznie bardziej dramatyczny, niż wynikałoby ze statystyk. Wiele osób mówi o demolce, znikających sektorach. A zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw wręcz rośnie.
I z czego to wynika?
Ewidentnie umykają nam firmy zatrudniające poniżej dziewięciu osób.
Mikrofirmy.
W odniesieniu do tej grupy pracodawców tarcze antykryzysowe były wyjątkowo dziurawe i nieodpowiednie. Inna sprawa, że mikrofirmy były poza radarem statystyk i przed pandemią, co jest zaniedbaniem, bo przecież pracuje w nich 2,5 mln osób.
Zawsze zostaje tym pracownikom 500+, które uznano za de facto świadczenie antykryzysowe…
Cóż, wszystkie transfery społeczne są antycykliczne, więc i 500+.
A więc łagodziło ono kryzys?
W jakiejś mierze.
A czy jednocześnie świadczenie nie dawało bodźców, by pracy nie szukać?
Mówiąc szczerze, krytykowanie 500+ już mi się naprawdę znudziło. Zasadniczo to po prostu zły program i dalej bicie piany na ten temat jest stratą czasu. Inna sprawa, że gdy dzieciaki oddelegowano do nauki zdalnej, przynajmniej część gospodarstw domowych zrozumiała, jakiego konkretnie rodzaju wydatki są potrzebne, by zapewnić im udział w kształceniu. I jak do tego ma się kwota 500 zł i wcześniejsze decyzje o tym, na co ją wydać. Nauka zdalna nauczyła, ile kosztuje edukacja, tych rodziców, którzy wcześniej zwracali na to mniej uwagi.
Pandemia miała nauczyć też firmy korzystania z robotów i automatów. Wróżono, że automatyzacja przyśpieszy. To się stało?
Ta prognoza od początku miała charakter życzeniowy. Żeby ktoś postawił na robotyzację w pandemii, musiałby podjąć duże nakłady inwestycyjne. A to nie jest zdroworozsądkowe działanie w kryzysie, którego głębokości i trwałości nikt nie umie przewidzieć. Poza tym automatyzacja to trudny proces. Nie da się jej przeprowadzić telefonicznie czy przez Zooma, dwie rozmowy i cyk, trzech pracowników, a nie 300.
Właśnie. Przyśpieszona automatyzacja oznaczałaby też zwolnienia i utratę subwencji antykryzysowych.
Jasne, ale nawet gdyby nie było instrumentów pomocowych, automatyzacja w kryzysie – taka, której celem jest modernizacja, nie zaś tylko przetrwanie pandemii – byłaby dziwolągiem, a nie normą.
Kolejna rzecz: praca zdalna i telepraca. Też miały zostać z nami na stałe. Możemy coś już dzisiaj powiedzieć więcej na ten temat?
Zacznijmy od tego, że w Polsce w czasie wiosennego, ekstremalnego zamknięcia gospodarki na pracę z domu pozwolić sobie mogła połowa pracowników. Rozumiem, że ci, którzy nagle przeszli na home office, uważają to za wielki temat. Ale prawda jest taka, że dotyczy to co drugiej osoby – praca pozostałych się nie zmieniła. Druga rzecz – relacje między polskimi pracownikami a pracodawcami nie należą do tych opartych na wielkim szacunku, empatii i zrozumieniu. Zakładanie, że pracodawcy zaczną ufać w pandemii pracownikom bardziej, niż to robili przed nią – a tego wymaga praca zdalna – jest pozbawione podstaw. Wreszcie trzecia sprawa: jest mnóstwo rzeczy, których na pracy zdalnej zrobić się nie da. Przez pierwsze kilka miesięcy nie dostrzegano tego, bo ludzie się rozentuzjazmowali samym faktem, że nie trzeba było całkiem zawieszać działalności i jakoś dawaliśmy radę. Ale z czasem zaczęły wychodzić słabości takiego rozwiązania. Trudniej jest np. przekazywać sobie doświadczenia, dzielić się wiedzą, podnosić wydajność pracowników, wymyślać nowe rzeczy. Utrzymanie skupienia na „callach” przez 10 godzin dziennie jest dużo trudniejsze niż na spotkaniach twarzą w twarz. Ludzie są zmęczeni, sfrustrowani.
Produktywność pracy spadnie?
Są już nawet pandemiczne badania, które to potwierdzają, ale też trudno to zmierzyć. Trzeba by znać wartość produktu, co w usługach niełatwe. W fabryce czajników wiemy, ile gotowych egzemplarzy na godzinę zjeżdża z taśmy produkcyjnej. Łatwo sprawdzić wzrosty/spadki wartości dodanej. W usługach – nie, zwłaszcza tam, gdzie konsumpcja jest oderwana od wytwórstwa.
Nawiasem mówiąc, byli też eksperci, którzy wróżyli, że produktywność pracy wzrośnie, bo pod presją na oszczędności firmy zaczną myśleć o optymalizacji procesów.
To znów myślenie życzeniowe. Pandemia to nie jest czas, gdy masowo stajemy się hiperkreatywni. Raczej paraliżuje nas lęk i frustruje zamknięcie.
Pandemia spowodowała wiele nietypowych zjawisk na rynku pracy, których nie przewidział stary kodeks pracy. Pojawiły się w ramach tarcz zmiany w przepisach. Jak je pani ocenia?
To zmiany cząstkowe, wprowadzane pod wpływem chwili, często wywołujące nowe niespójności. Nic rewolucyjnego. Poza tym tych drobnych zmian było tyle, że przestałam je śledzić. Trudno się już było w nich orientować.
Podobno prawdziwe, głębokie zmiany nadejdą w tym roku. Mówi się o nowej definicji prawa do odpoczynku.
Chodzi o to, żeby nie było sytuacji, gdzie szef dzwoni po godz. 23 lub oczekuje odpowiedzi na e-maile w środku nocy. Tylko jaki jest sens regulowania tego w ustawie? Ważniejsze są miękkie umiejętności szefa i pracownika, komunikacja, zdrowa doza asertywności. Odbieranie telefonu od przełożonego po godz. 23 to nasz wybór, nawet jeśli on czy ona są pozbawieni kindersztuby i umiejętności społecznych. Brak tych kompetencji przejawia się zresztą w debatach o wynagrodzeniach i podwyżkach czy awansach. Nasz system edukacyjny jest oparty na potakiwaniu i wykonywaniu zadań. Żaden kodeks pracy tego nie zmieni.
Polskie prawodawstwo pracy jest zbyt szczegółowe?
Regulacja rynku pracy wynika z tego, że uznajemy pracownika za będącego w słabszej pozycji niż jego przełożony. Ma zapobiegać nadużyciom w tej relacji. Dlatego np. kobietom w ciąży nie wolno zlecać noszenia ciężkich pudełek, co do czego wszyscy się zgadzamy. Tego rodzaju przepisy są jak najbardziej na miejscu. Istnieje jednak cały katalog stosunków pracy, które są oparte na obopólnej symbiozie. Jeśli nie odpowiada mi kultura organizacyjna jakiejś firmy, bo np. nie zważa się w niej na równowagę praca–dom, to wybieram inną firmę. Niektórzy uważają, że w kodeksie pracy powinny być zapisane jakieś normy, które sprawią, że kultura będzie wszędzie taka sama. Nie widzę tego. Prawo pracy ma zapobiegać nadużyciom, a nie realizować czyjąś wizję doskonałego miejsca pracy.
Jeśli założymy, że zero to brak jakichkolwiek regulacji rynku pracy, a 100 pełne uregulowanie, to w którym miejscu na takiej skali znajdzie się Polska?
W takim, w którym jest dużo nieskutecznych regulacji. Dotyka się wielu problemów, ale w praktyce nie eliminuje nadużyć. Na przykład, aby udowodnić, że jest się ofiarą mobbingu, nie wystarczy pokazać dowodów na to, że przełożony się nad nami znęcał, poniżał nas itd. Trzeba jeszcze pokazać, że było to intencjonalne! Konia z rzędem temu, kto dokona tej sztuki, więc ręce poszkodowanego są związane. Na inne sposoby są związane ręce pracodawców – np. w przypadku regulacji dotyczących czasu pracy, telepracy czy pracy z domu.
Czy można nazwać kodeks pracy największą bolączką polskiego rynku pracy?
Nie, największą bolączką jest brak skutecznego pośrednictwa pracy. Co do kodeksu – jest on tylko efektem tego, jak w Polsce ogólnie podchodzi się do stanowienia prawa. W relacjach pracodawca–pracownik słabości mają charakter mentalny: kiepsko nam idzie komunikacja i dogrywanie stanowisk. Tysiąc siedemdziesiąta nowelizacja kodeksu pracy tego nie rozwiąże.
Ale może rozwiąże Unia Europejska. W 2017 r. opracowano Europejski Filar Praw Socjalnych i od jakiegoś czasu trwa wdrażanie rozpisanych w nim celów. Gotowa jest też propozycja dyrektywy w sprawie europejskiej płacy minimalnej. W kolejce czeka jeszcze ciekawsza inicjatywa: o dochodzie minimalnym. Idzie to mniej więcej tak: "każdy, kto nie dysponuje wystarczającymi środkami, ma prawo do odpowiedniego dochodu minimalnego zapewniającego godne życie...". Jak ocenia pani takie pomysły?
Nie wiem, czy to dużo zmieni. Polski system zabezpieczenia społecznego spełnia to kryterium.
Zapewnia dochód minimalny zapewniający godne życie?
Tak. Można oczywiście dyskutować, co oznacza słowo "godne", ale stan prawny w Polsce nie odbiega od tego, co pan przeczytał. Nie masz pracy, jesteś ubogi – idziesz do pomocy społecznej i dostajesz świadczenia. Można się spierać, czy są wysokie, czy nie, ale są i na pewno nie groszowe. Pomijamy wiele grup, jak np. rodzice dzieci z niepełnosprawnościami, ale ogólne przesłanki są odzwierciedlone. Nie martwmy się, Unia nie każe nam teraz wprowadzać gwarantowanego dochodu podstawowego. Poza tym idee, że jak ktoś nie ma z czegoś żyć, to społeczeństwo musi reagować, wcale nie są nowe i aż tak postępowe, jak się wydaje. Stwierdzenie, że minimalna emerytura ma pozwalać na godny poziom życia na starość jest już w międzynarodowych konwencjach z lat 70. XX w. Warto jednak pamiętać, że – jak zwraca uwagę np. Łukasz Pawłowski z "Kultury Liberalnej" – zabezpieczenie społeczne w Polsce nie jest progresywne, lecz sprywatyzowane. Dajemy parę groszy, choćby 500+, a jedyne, co ludzie mogą z tym zrobić, to wydać na prywatnym rynku.
No, ja wiem, że marzeniem każdego lewicowca jest powołanie komisji ustalającej, jak ludzie powinni wydawać pieniądze...
Nie o to chodzi.
A o co?
Pieniądze w kieszeni konsumentów nie rozwiązują problemów infrastrukturalnych i w dostępie do usług publicznych. To, że ludzie nie mają środków na logopedę dla dziecka to jedno. Drugie – że na najbliższy trening umiejętności społecznych mogę zapisać dziecko za jedyne osiem miesięcy. Brak logopedy i psychologa pogarsza dodatkowo brak transportu publicznego, którym można by zawieźć do nich dziecko.
Przenieśmy się na ogólniejszy poziom: potrzebujemy więcej gwarancji socjalnych?
Część ludzi pracuje po to, żeby żyć, a część żyje po to, żeby pracować. Ta druga grupa chce mieć więcej możliwości samorealizacji, niż daje im dzisiejszy system pracy, a ta pierwsza potrzebuje ochrony. Trzeba znaleźć punkt wspólny pomiędzy tymi dwiema rozbieżnymi potrzebami. W porównaniu z innymi społeczeństwami w Polsce bardziej doceniamy grupę, która żyje, aby pracować. Mamy pod tym względem bardzo anglosaskie podejście: chcemy awansu, sukcesu zawodowego, zostania kimś, wybicia się. Jest to u nas silniejsze niż np. w Niemczech. W procesie przechodzenia z biedy do bogactwa nasze aspiracje wyprzedzają nasz faktyczny rozwój. Grupa, która pracuje, aby żyć, ma potrzebę opieki, ubezpieczenia. Sens jest gdzieś po środku: dzieci w szkołach przed 1989 r. miały regularną opiekę medyczną, szybko wykrywano choroby, próchnicę, ale za cenę tego, że o badaniu decydowali nie rodzice, lecz pielęgniarka szkolna.
Teraz też mogłaby być pielęgniarka w każdej szkole. Centralny planista edukacyjny nie zadbał o to.
Nie zadbał też o kadrę nauczycieli. Nie masz gwarancji jakości edukacji dla swojego dziecka. Europejska legislacja socjalna, jakiego by nie miała kierunku, nie rozwiąże polskich problemów. Nikt z zewnątrz nie przyjdzie i nie posprząta za nas. I wyższa płaca minimalna ani nawet dochód gwarantowany tego nie zmienią. Nie wiem też, czy jest sens w ujednolicaniu Europy. Uwarunkowania instytucjonalne i regulacyjne są emanacją lokalnej kultury, wartości społecznych. Różnorodność jest siłą UE: jeśli ktoś chce żyć w kraju, w którym się żyje, aby pracować, to się może do niego przeprowadzić. A jak ktoś chce żyć w kraju wysokich podatków i hojnego socjalu, jedzie do Szwecji. Jak wolisz kulturę, w której trzeba się solidnie napocić, żeby mieć coś w lodówce, zapraszamy do Polski, Rumunii czy Bułgarii.
Jak pandemia zmieni nas długofalowo?
Sądzę, że z perspektywy czasu będziemy oceniać pandemię pod kątem doświadczenia zbiorowego: czy radziliśmy sobie z nią solidarnie, wspierając się, czy w warunkach konfliktu.
Pracodawcy i przedsiębiorcy też zaczną myśleć tymi samymi kategoriami? W końcu dzisiaj protestują ręka w rękę: przeciw lockdownowi.
Po prostu protestują inni pracownicy niż zwykle. Zwykle protestowali ludzie z dużych zakładów w firmach z udziałem Skarbu Państwa. Teraz zmobilizowali się pracownicy sektora prywatnego, których interes jest w pełni zbieżny z pracodawcami. Ale nawet tam, gdzie interes nie jest w oczywisty sposób zbieżny, w wielu sytuacjach udało nam się działać wspólnie. Możliwe więc, że deficyty kapitału społecznego i zaufania czy labilność rynku pracy, polegająca na dużej rotacji pracowników w firmach, zmniejszą się. Często zwracamy uwagę na incydenty, gdzie społeczeństwo słabiej działa, choć w praktyce dzieje się mnóstwo naprawdę niesamowitych rzeczy. Miejmy nadzieję, że gdy ktoś doświadczył w swoim miejscu pracy jakiejś formy empatii w kryzysowej sytuacji pandemii, w przyszłości to zaprocentuje w postaci większego zaufania, trwalszych umów, większego zaangażowania we wspólny cel. Oby nie skończyło się tylko na tym, że straciliśmy kilka procent PKB i teraz trzeba będzie je spłacać.
Czyli nie jest pani z tych, co uważają, że zadłużanie nie generuje żadnego ryzyka?
Od początku było wiadomo, że w końcu przyjdzie ktoś, kto powie "sprawdzam". Nie umiemy powiedzieć tylko, kto i kiedy dokładnie. Na razie wszyscy bawią się w Misia Uszatka: zasłaniają oczy i mówią, że ich nie widać.
I drukują dalej.
Jest kilka krajów, które nie drukują albo które mogą sobie pozwolić na drukowanie, bo mają niski stosunek długu do PKB. Pamiętajmy, że dziś nikt nie pożycza dlatego, że stopy procentowe są niskie, czy dlatego że mamy pełne szuflady kongenialnych projektów inwestycyjnych do zrealizowania. Pożyczamy, bo jest źle i to jedyny sposób, jaki potrafiliśmy wymyślić, żeby pomóc naszym firmom. I tu jesteśmy podobni do pozostałych. Różni nas od innych krajów głównie to, że działamy w sposób nieprzejrzysty. Nawet nie ma znaczenia, czy chodzi o duże, czy małe kwoty – ważne, że są niejasne i za każdą niejasność któregoś pięknego dnia rynek wystawi wszystkim kosztowne rachunki. Porównanie Polski do Czech nie wypadnie dla nas korzystnie. Niewiele trzeba, by wywołać efekt domina.
Czyli nasze zadłużanie się to błąd?
Wielu mądrych ludzi mówi – i ja im ufam – że nie czas żałować róż, gdy płoną lasy. Koszty społeczne i zdrowotne tego, co teraz przeżywamy, są zbyt duże, by sknerzyć. Ale brak przejrzystości, kuglarstwo to zawsze błąd. Syndrom Misia Uszatka na rynkach finansowych nie będzie trwał wiecznie.