Sceny niczym z "Przygód Piotrusia Pana"

Reklama

W Polsce, niezależnie od ustroju politycznego, co jakiś czas są odegrane sceny niczym ze sztuki Jamesa Barriego „Przygody Piotrusia Pana”. Te z kapitanem Jakubem Hakiem (w oryginale James Hook) i partnerującym mu krokodylem. Jak powszechnie wiadomo, krokodyl ma wielką chrapkę na skonsumowanie znienawidzonego, acz smakowitego kapitana. Jednak Hakowi sprzyja jeden drobiazg. Do brzucha gada trafił kiedyś zegar, który bardzo głośnio tyka. Ilekroć krokodyl próbuje się podkraść, kapitan słyszy coraz głośniej: tik-tak, tik-tak… Wtedy zaczyna się zabawa, kto będzie szybszy i sprytniejszy. Czy może to krokodyl zeżre Haka, czy jednak to kapitan załatwi bestię, a następnie wypcha trocinami.

W realiach Kraju nad Wisłą rolę nieustraszonego i bardzo groźnego Jakuba Haka bierze na siebie rząd. Gadem zostaje, chcąc nie chcąc społeczeństwo, pragnące wówczas pożreć rządzących, gdy najzwyczajniej w świecie ma już ich dość. Ostatnim razem świadkami rozgrywki między krokodylem. a kapitanem byliśmy na przełomie października i listopada. Wówczas ostrzegawcze tik-tak wyraźnie słyszalne stało się dość krótko przed wybuchem. Wszystko dlatego, że wydarzył się on nieco przedwcześnie. Falę protestów społecznych niechcący odpalił Trybunał Konstytucyjny, orzekając zgodnie z wolą Jarosława Kaczyńskiego, iż legalna aborcja płodów nieodwracalnie uszkodzonych lub nieuleczalnie chorych jest niezgodna z konstytucją. Choć frustracja społeczna wywołana epidemią oraz obostrzeniami dopiero się zaczynała kumulować, skala protestów i tak okazała ogromna. Nota bene opozycja do dziś zdaje się wierzyć, że ich główny cel stanowiła walka o danie kobietom swobody w decydowaniu o losie ciąży oraz ograniczenie wpływów Kościoła katolickiego. Gdy w rzeczywistości krokodyl, po dodatkowym trzaśnięciu w pysk i splunięciu między oczy przez Haka, szczerze zapragnął rewanżu.

Krokodyl chce dorwać Haka

Jednak rząd przeczekał wybuch wściekłości, a w jego skróceniu skutecznie pomogli ci, którzy pod szyldem „Strajku Kobiet” zaczęli przeć do rewolucji społecznej. Tymczasem nasz krokodyl nie marzy ani o obalaniu starych porządków, ani nawet o masowym bazgraniu wulgarnych napisów na ścianach kościołów. On po prostu w swej głównej masie chciał dorwać Haka. Gdy szybko się nie udało, a etatowi kontestatorzy zaczęli wpychać mu siłą w brzuch rewolucję obyczajową, po prostu wrócił do domu. Bezskuteczność protestów w okresie przedświątecznym, w połączeniu z narodową kwarantanną i jesienno-zimową aurą przyniosły powszechną rezygnację. Przygnębieni ludzie zastygli w oczekiwaniu aż epidemia i lockdown same dobiegną końca. Jednak od niedawna znów zaczyna być słychać w całym kraju cichutkie tik-tak, tik-tak.

Zapowiadane na poniedziałek przez najbardziej niepokornych właścicieli lokali otwarcie na gości, to jedynie jeden z podobnych dźwięków. Zapewne nasilą się one po wprowadzeniu w życie represji. Czy faktycznie, zgodnie z rekomendacją Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego, ruszą masowe kontrole w wykonaniu policjantów i inspektorów sanepidu, przekonamy się z początkiem tygodnia. Gdy balansuje się już na skraju bankructwa wizja nałożenia od ręki kary przez sanepid i jej egzekucji z konta, skutecznie studzi chęć buntu. Jednak szybka pacyfikacja oporu właścicieli: restauracji, kawiarni, ale też hoteli, pensjonatów, czy nawet siłowni, nie będzie oznaczała, że nasz kapitan Hak znów będzie mógł się poczuć bezpiecznie. Czynników sprzyjających wznieceniu kolejnego buntu sukcesywnie bowiem przybywa.

Przybywa czynników sprzyjającym wznieceniu kolejnego buntu

Jego kluczowym źródłem nie jest wcale epidemia, lecz to jak rządzący oraz wspierający ich eksperci podchodzą do społeczeństwa. W czym zresztą wspiera ich sporo dziennikarzy oraz tabuny samozwańczych znawców mikrobów w mediach społecznościowych. Wszyscy oni wypowiadają i zachowują się tak, jakbyśmy żyli w świecie, w którym społeczeństwo jest bezwolną, plastyczną masą, bezmyślnie wykonującą nakazy oraz zakazy. Fakt, że dzieli się ono na przeróżne grupy złożone z jednostek o sporej różnorodności zachowań i poglądów, został w zeszłym roku jakby wymazany ze świadomości decydentów. Podobnie rzecz się ma z całą socjologią i psychologią zachowań społecznych. Półtora wieku rozwoju tych nauk okazuje się bez znaczenia.

O tym, jakie zostają wydawane zarządzenia decydują dwie liczby: zachorowań i zgonów. Są one trwale połączone z lękiem, iż w powszechnym odczuciu (czyli w świecie internetowo-medialo-informacyjnym) spadnie na rząd odpowiedzialność za wzrost tych wskaźników. Strach staje się podwójny w momencie przeciążenia systemu opieki zdrowotnej. Tu warto przypomnieć, że na krawędzi stanął on raz. Działo się to dwa, trzy tygodnie po wielkiej fali protestów, jakie przetoczyły się przez Polskę. W dniu wydania orzeczenia przez Trybunał 22 października 2020 r. liczba nowych przypadków zarażenia koronawirusem wynosiła 12 107 osób. Natomiast 5 listopada było to już 27 143 przypadków. Takie właśnie efekty daje ignorowanie mechanizmów zachowań społecznych podczas epidemii. Nie chce się to jednak przebić do świadomości rządzących oraz doradzających im ekspertów ze świata medycyny. Tych ostatnich powoli powinien zacząć obejmować zakaz wypowiadania się dla mediów. Jeśli bowiem któryś o jeden raz za dużo powtórzy wyświechtany komunał, że to: „społeczeństwo jest winne przedłużania lockdownu, bo nie przestrzega nakazanych obostrzeń”, wówczas może wziąć na siebie niechlubną rolę Trybunału Konstytucyjnego.

Przykłady idące z góry zachęcają do masowego omijania zakazów

Dość oczywistą rzeczą dla przeciętnie rozgarniętego eksperta powinien być fakt, że masowa, a zarazem długotrwała samoizolacji społeczna ludzi jest zwyczajnie niemożliwa. Owszem, może ją narzucić totalitarne państwo posługując drakońskimi karami i rozbudowanym systemem inwigilacji. Ale i tak po dwóch, trzech miesiącach wszystkie tamy zaczynają pękać, jeśli nie zostawia się jakiegoś marginesu swobody. Co dopiero mówić, gdy wprowadzane zakazy demonstracyjnie olewają znani politycy z obozu władzy. Jak choćby Jadwiga Emilewicz, radośnie hasająca sobie wraz z rodziną podczas narodowej kwarantanny po narciarskich stokach. Na krótką metę przykłady idące z góry zachęcają do masowego omijania zakazów, lecz na dłuższą wzmagają powszechną frustrację. Przy okazji rujnując i tak już znikome zaufanie do rządzących.

Reklama

Po rozładowaniu emocji jesienią, cichutkie narastanie w społeczeństwie wściekłości dopiero się zaczyna. Towarzyszy temu przyzwyczajenie do epidemii. Niestety brak wiarygodnych szacunków, ile tak naprawdę osób nadal obawia się zarażenia oraz śmierci swojej, czy też bliskich. Wiele wskazuje na to, że nieodczuwający znaczących obaw już przeważają w społeczeństwie. Do tego należy dodać 1,4 mln oficjalnych ozdrowieńców oraz kilka milionów osób, które przechorowały COVID-19 w domu poza systemem. Z każdym tygodniem będzie też przybywało zaszczepionych. To oznacza wielomilionowe rzesze obywateli przekonanych, że obecne zakazy są zbędne.

Na to zaś nakłada się pozbawiona złudzeń znajomość realiów III RP. Od samych jej narodzin obowiązuje żelazna reguła mówiąca, iż ci którzy się nie buntują, na koniec nic od rządu nie dostają (co najwyżej w twarz). Pieniądze z budżetu państwa są dla tych potrafiących twardo walczyć o swoje: górników, rolników, lekarzy (znaczące podwyżki dla nich się znalazły, gdy masowo zaczęli znajdować zatrudnienie w innych krajach), itd. Ta prawda zaczyna powoli docierać do świadomości właścicieli: restauracji, hoteli, siłowni, itp.

Rząd planuje przykręcić od poniedziałku im śrubę. Cóż na to można rzec? Chyba tylko: tik-tak, tik-tak, tik…..