Uszczelnienie systemu podatkowego było dla obecnej ekipy priorytetem, ale Prawo i Sprawiedliwość stawiało sobie w kończącej się kadencji także inne ambitne cele - reformę finansów publicznych czy podatków dochodowych. Dzisiaj jednak widać, że tych planów nie udało się zrealizować.

Chwilę po tym, jak obecna ekipa przejęła stery, a w MF zainstalował się nowy szef Paweł Szałamacha, rozpoczęły się prace nad wielką reformą systemu budżetowego. Rząd założenia przyjął w lipcu 2016 r. i od tamtej pory wokół projektu panuje cisza. O planach resortu ciepło wypowiadała się Komisja Europejska, do zmian zachęcały nas i oferowały pomoc Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Mieliśmy na polski grunt przenieść najlepsze wzorce planowania dochodów i wydatków z Niemiec, Francji czy Szwecji. Główna idea, jaka przyświecała reformie, to skończyć z myśleniem o finansach państwa w perspektywie jednego budżetu, a zacząć planować wydatki w horyzoncie średnioterminowym. Rząd razem z projektem ustawy budżetowej miał przyjmować prognozę dochodów i wydatków na kolejne dwa lata.

Reforma zmniejszała wpływ ministra finansów na priorytety wydatkowe, a jego rola miała sprowadzać się do prowadzenia negocjacji budżetowych. Pozostali dysponenci publicznych środków mieli zyskać większą elastyczność w wydatkowaniu, ale też odpowiedzialność za realizację priorytetów rządu. Po odejściu z MF Szałamachy entuzjazmu do reformy nie wykazywali jego następcy - Mateusz Morawiecki czy Teresa Czerwińska. Taki pomysł de facto osłabia rolę MF, a zwiększa odpowiedzialność polityczną całego rządu. Dodatkowo plan reformy trafił do prac wewnątrzresortowych w pionie budżetowym, a tam napotkał na naturalny opór ze strony urzędników, dla których oznacza rewolucję w pracy – mówi nasz rozmówca dobrze zorientowany w temacie.

Wiele wskazuje, że równie ambitne zmiany dotyczące PIT i CIT trafiły na półkę, chociaż ich reforma była priorytetem, o którym lubiła opowiadać Teresa Czerwińska. W lutym 2018 r., miesiąc po tym, jak zasiadła ona w ministerialnym fotelu, zapowiedziała, że prace koncepcyjne nad zmianami w podatkach dochodowych ruszają. Wejść w życie miały od 2020 r., a obecne ustawy o PIT i CIT miały zastąpić trzy nowe - o PIT od osób zatrudnionych na wszelkich formach świadczenia pracy, o podatku od zysku przedsiębiorcy oraz o podatku od zysków kapitałowych. Żadnych śladów, że tak się stanie, nie ma. Grzebanie w kwestiach podatkowych tuż przed wyborami to zawsze duże ryzyko - mówi nasz informator z MF.

Dlatego nie udało się dokończyć jeszcze jednego wielkiego projektu - uchwalić nowej ordynacji podatkowej. Choć trzeba przyznać, że jak na skalę tego przedsięwzięcia zabrakło niewiele. W odróżnieniu od ustaw definiujących podatki dochodowe nowa ordynacja podatkowa została przyjęta przez rząd i skierowana pod obrady Sejmu. Tyle że za późno.

Prace nad dokumentem trwały dość długo, od pierwszych decyzji do powstania pierwszej wersji projektu minęło dwa i pół roku. Rozpoczęły się jeszcze u schyłku rządów PO-PSL od powołania przez ówczesnego ministra finansów Mateusza Szczurka Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Podatkowego. Samo przygotowanie kierunkowych założeń do nowej ordynacji zajęło kilka miesięcy, a ich ostateczna wersja ukazała się krótko przed wyborami w 2015 r. Nowy rząd przejął prace nad ustawą. Konsultacje społeczne zaczęły się wiosną 2018 r. i trwały niemal rok. W maju tego roku skonsultowany już projekt został przyjęty przez rząd i przesłany do Sejmu.

Nowy kodeks podatkowy miał uporządkować relacje między podatnikiem a administracją skarbową. Praca, jaką wykonała komisja kodyfikacyjna, robi wrażenie. Samo uzasadnienie do pierwszej wersji projektu miało 554 strony, po konsultacjach międzyresortowych „spuchło” do niemal 700 stron. Na ustawę składa się prawie 800 artykułów. I teraz prace parlamentarne nad nimi będą musiały zacząć się od nowa. Według wersji, nad którą pracowała sejmowa komisja finansów publicznych, nowe przepisy miały wejść w życie z początkiem 2021 r. – po to, by podatnicy i organy skarbowe miały wystarczająco dużo czasu na przyswojenie nowego prawa.

Ostatni istotny dokument, przygotowany przez MF, to Strategia Rozwoju Rynku Kapitałowego. SRRK została przesłana do konsultacji w lutym tego roku, ale nigdy nie stała się oficjalną strategią rządową.

Choć dokument nie wzbudził entuzjazmu wśród uczestników rynku kapitałowego, to jednak zawierał wiele istotnych postulatów, zwłaszcza tych dotyczących zmian w podatkach. MF proponowało w nim np. obniżenie opodatkowania dywidend od inwestycji dłuższych niż trzy lata. Miało to zachęcać do budowania oszczędności długoterminowych. Jedną z najważniejszych deklaracji było umożliwienie zaliczenia w koszty 125 proc. wydatków na przygotowanie oferty publicznej akcji (tzw. IPO). Miałoby to zachęcić nowe spółki do wchodzenia na giełdę. Choć rząd miał się zająć SRRK już wiosną, to do tej pory tego nie zrobił.

Kilka dni temu o przyjęcie strategii apelował Grzegorz Zieliński, dyrektor Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. W rozmowie z PAP stwierdził, że odkładanie w czasie rządowej decyzji w sprawie SRRK jest niewłaściwe, tym bardziej że EBOiR-owi udało się we współpracy z Ministerstwem Finansów zapewnić środki unijne na ten cel.