Austriacka Ibizagate wzmocniła przekonanie, że skrajnie prawicowe partie w Europie mogą być piątą kolumną Kremla. Obietnice państwowych kontraktów złożone Rosjanom przez wicekan clerza kierującego prawicową Austriacką Partią Wolności (FPÖ) Heinza Christiana Strachego zatopiły tamtejszy rząd. Jego szef Sebastian Kurz, lider chadeków, znalazł się w niemałych tarapatach. Dzisiaj parlament w Wiedniu ma debatować nad przyszłością gabinetu. Niewykluczone jest wotum nieufności wobec kanclerza, który już ogłosił przedterminowe wybory na jesieni.

Kompromitujące Strachego nagrania, w których mowa jest m.in. o przyjmowaniu rosyjskich pieniędzy z obejściem prawa, stanowią także sygnał dla reszty europejskiego mainstreamu, że na eksperymentowaniu z radykałami nie wychodzi się dobrze. To sygnał o tyle ważny, że dzisiaj, dzień po wyborach europejskich, ruszają rozmowy o sojuszach i budowanie politycznych bloków.

Nie po raz pierwszy wyszły na jaw niejasne powiązania finansowe skrajnej prawicy z Rosją. Pożyczkę w wysokości 9 mln euro zaciągnęła w rosyjskim banku na kampanię pięć lat temu szefowa Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. Potem efemeryczny bank został zlikwidowany, a dług sprzedano dwukrotnie i teraz nie bardzo wiadomo, komu francuska polityk powinna zwrócić pieniądze.

Finansowe uzależnienie od Moskwy zarzucono również kilka miesięcy temu wicepremierowi Włoch i liderowi Ligi Matteo Salviniemu. Jak donosił włoski tygodnik „L’Espresso”, planowano, by rosyjski koncern Rosnieft przekazał 3 mln euro na kampanię Ligi do europarlamentu. Dziennikarze ujawnili kulisy rozmów, nie wiadomo jednak, czy transakcja została ostatecznie sfinalizowana. Salvini zdementował te doniesienia, oświadczając, że nie ma rubli w domu. Niezależnie jednak od tego włoski polityk, podobnie jak inni skrajnie prawicowi, działa w interesie Kremla, zapowiadając walkę o zniesienie sankcji. FPÖ promowało również rozbudowę Nord Streamu, gazociągu doprowadzającego rosyjski gaz do Niemiec z pominięciem krajów środkowoeuropejskich.

Ale postulaty zbliżenia z Rosją to niejedyny powód, dla którego umocnienie populistów w europarlamencie to zła wiadomość dla Polski. Le Pen i inne ugrupowania na francuskiej skrajnej prawicy proponują protekcjonizm w wydaniu turbo. Szefowa Zjednoczenia Narodowego od dawna postuluje „inteligentny protekcjonizm” mający chronić francuski biznes przed zagraniczną konkurencją.

Le Pen proponuje ścisły nadzór nad zagranicznymi inwestycjami, wyższy podatek od zatrudniania zagranicznych pracowników czy zobowiązanie państwa do realizowania zamówień publicznych we francuskich firmach. To oznacza, że dyrektywa o pracownikach delegowanych oraz pakiet mobilności forsowane przez francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona to jedynie przedsmak tego, co mogłaby zaserwować nam Le Pen.

Polska gospodarka w dużej mierze zależy od unijnego wspólnego rynku. Zmiany w przepisach o delegowaniu pracowników niepokoją nasze firmy, które widzą w tym sposób na wypchnięcie ich z Zachodu. W tej kadencji nie dokończono prac nad pakietem mobilności, ale przewoźnicy obawiają się, że wprowadzi on poważne ograniczenia w transporcie międzynarodowym. I chociaż Le Pen pozostaje dzisiaj bez wpływu na decyzje zapadające w Paryżu i Brukseli, to postulowane przez nią od lat pomysły zaczynają kształtować francuską debatę publiczną.

Jak pisał Alexandre Lemarié z „Le Monde”, w kraju będącym częścią największego na świecie wspólnego rynku „protekcjonizm” był do niedawna traktowany jak brudne słowo. Ale choć francuskie partie nie mówiły o nim wprost, to skutecznie wprowadziły hasła protekcjonistyczne do kampanii do europarlamentu

Największym zagrożeniem są dążenia do protekcjonizmu