Komisja Europejska twierdzi, że skoro Stocznia Gdańska dostała finansową pomoc od państwa, to teraz powinna zająć się unowocześnianiem. Unijny komisarz do spraw rynku wewnętrznego Charlie McCreevy mówił w Parlamencie Europejskim, że "lepsza stocznia mniejsza, ale silniejsza".

To jednak nie przekonało polskich europosłów. Stoczni Gdańskiej bronili przedstawiciele wszystkich naszych ugrupowań w parlamencie w Strasburgu. Wyjaśniali, że ograniczenie produkcji może się skończyć zwolnieniami pracowników. Gdy zamknięte zostaną aż dwie pochylnie, po prostu zabraknie pracy dla wszystkich zatrudnionych.

Komisja domaga się zamknięcia dwóch z trzech pochylni w zakładzie. Polski rząd odpowiedział, że zgadza się na zamknięcie tylko jednej pochylni.

Jednak Bruksela wciąż kręci głową. Komisja Europejska twierdzi, że wsparcie, jakie Stocznia Gdańska dostała od państwa, zakłóca sprawiedliwą konkurencję we Wspólnocie. Unijnych biurokratów nie przekonują nawet sami stoczniowcy, którzy dwa dni z rzędu pikietowali siedzibę Komisji w Brukseli. Rozdawali ulotki na temat pracy w ich zakładzie, a nawet spotkali się z komisarz do spraw konkurencji, Neely Kroes.

Dzisiejsza debata w Parlamencie Europejskim, którą zorganizowano - co ciekawe - na wniosek frakcji komunistów, miała znaczenie tylko symboliczne. A to dlatego, że eurodeputowani nie mają żadnych uprawnień do podejmowania decyzji w sprawie Stoczni Gdańskiej. Ta należy do Komisji Europejskiej.

Są dwa możliwe wyjścia. Albo Polska zgodzi się na ograniczenie produkcji w zakładzie, albo Bruksela zażąda zwrotu pieniędzy, które stocznia dostała z kasy państwa. To drugie rozwiązanie może być dużo groźniejsze od zamknięcia pochylni. Ostateczna decyzja w tej sprawie zapadnie za kilka tygodni.