Dziennik Gazeta Prawana logo

"Polacy powoli przyzwyczajają się do wolnych niedziel". Zakaz handlu jednak odbija się rykoszetem na małych sklepach?

24 maja 2018, 06:55
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Zakupy w sklepie
Zakupy w sklepie/Shutterstock
Zakaz handlu w siódmym dniu tygodnia zmniejszył wartość sprzedaży detalicznej. Trudno ocenić jak bardzo, bo wiele czynników utrudnia analizę.

W to, że w kwietniu sprzedaż detaliczna wyhamuje, nikt nie wątpił. Ekonomiści zakładali, że negatywny wpływ na jej wyniki będzie miało przesunięcie wielkanocne, bo w tym roku święta wypadły tak, że większość zakupów z nimi związanych konsumenci robili już w marcu; rok temu działo się to miesiąc później, stąd statystyczny spadek. Dane, które wczoraj pokazał GUS, były znacznie gorsze od oczekiwań ekspertów. W cenach stałych, a więc po uwzględnieniu inflacji, wartość sprzedaży detalicznej wzrosła jedynie o 4 proc., choć spodziewano się 7,6 proc.

Wśród uzasadnień, dlaczego doszło do aż tak dużej pomyłki w prognozach, najbardziej popularne jest twierdzenie, że na przesunięcie wielkanocne nałożył się efekt zakazu handlu w niedzielę – w poprzednim miesiącu tylko w jedną można było prowadzić sprzedaż. Za taką tezą przemawia fakt, że najgorzej wypadły kategorie, które zwykle korzystają na wzmożonej przedświątecznej konsumpcji i jednocześnie mogą najbardziej tracić z powodu zakazu. Pierwsza to sprzedaż żywności, która zaliczyła spektakularny, ponad 10-proc. spadek. Druga to handel w niewyspecjalizowanych sklepach, do których zaliczają się m.in. supermarkety i hipermarkety. Tam wynik był gorszy o 1,9 proc. niż rok wcześniej. Ekonomiści założyli, że ludzie nie zaczęli mniej jeść, tylko zrobili wcześniej zakupy na zapas. A powodem były nie tylko święta, ale też zapowiadana handlowa posucha w większość kwietniowych niedziel. Na to mogłyby wskazywać prawie 14-proc. marcowy wzrost sprzedaży żywności i ponad 17-proc. w sklepach niewyspecjalizowanych.

– tłumaczą swój punkt widzenia ekonomiści banku BZ WBK w raporcie dotyczącym wczorajszych danych.

Odbiło się to rykoszetem na małych sklepach, czyli tych o powierzchni do 300 mkw. działających w ramach sieci i na własny rachunek. Według Polskiej Izby Handlu w kwietniu sprzedaż detaliczna była w nich mniejsza w porównaniu do marca aż o 4,7 proc.

– komentuje Jarosław Frontczak, analityk handlu detalicznego w firmie PMR, zajmującej się analizami rynku.

Który z tych czynników: brak świąt czy zakaz handlu w niedziele jest ważniejszy? Przeważa pogląd, że nie da się tego w tej chwili policzyć, bo jest za mało danych. Tak twierdzą chociażby ekonomiści banku PKO BP i mBanku. Ku niemu skłaniają się też ci z banku Credit Agricole, choć akurat oni podjęli próbę zrobienia takich szacunków. Wskazują, że efekt rosnącej liczby niedziel niehandlowych przyczynił się do obniżenia rocznej dynamiki sprzedaży w kwietniu w porównaniu z marcem o 1 pkt proc. – – twierdzi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Więcej pewności w ocenach mają przedstawiciele branży handlowej. – – dodaje Jarosław Frontczak.

Carrefour szacuje, że około jedna czwarta właścicieli spośród 650 prowadzących sklepy franczyzowe pod tą marką zdecydowała się jak na razie na ich otwarcie w ostatni dzień tygodnia. Od jednego z franczyzobiorców Żabki usłyszeliśmy natomiast, że niedziele woli spędzać z rodziną. Dlatego albo w ogóle nie otwiera sklepu, albo robi to tylko na 6–8 godzin, informując o tym wcześniej swoich klientów. – – dodaje.

Przedstawiciele sieci nie chcą jednoznacznie ocenić wpływu ograniczenia handlu w niedziele na wyniki. – – informuje przedstawiciel biura prasowego Carrefour Polska.

Ekonomiści twierdzą, że choć informacje z handlu wskazują, iż wprowadzenie niedzielnego zakazu miało negatywny wpływ na sprzedaż przynajmniej niektórych towarów, to wzrost całej konsumpcji prywatnej wydaje się niezagrożony. Tempo zapewne nieco osłabnie, ale nadal będzie przyzwoite – analitycy ING Banku Śląskiego szacują, że wyniesie 4,3 proc. w II kw. w porównaniu do 5,1 proc. w I. To ważne dla utrzymania wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Bo to właśnie konsumpcja ma być jego głównym motorem w kolejnych kwartałach. Nic jej nie grozi z co najmniej dwóch powodów. Pierwszy to ciągły wzrost dochodów gospodarstw domowych, co oznacza, że jest z czego finansować zakupy. GUS podał wczoraj, że w 2017 r. miesięczny dochód rozporządzalny na osobę zwiększył się realnie (a więc po uwzględnieniu wzrostu cen) o 6,3 proc. Powód drugi to ciągle utrzymujący się wysoki popyt na dobra trwałe – czyli towary, które kupuje się rzadko, bo są drogie, a ich częsta wymiana świadczy o dobrym statusie materialnym. Należą do nich m.in. meble czy artykuły RTV AGD. Sprzedaż takich produktów w kwietniu wzrosła o 6,4 proc. rok do roku.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj