Dziennik Gazeta Prawana logo
Dorsz bałtycki patroszony – 15,99 zł/kg. Filet z łososia świeży w promocji – 29,99 zł/kg. Krewetki koktajlowe mrożone – 39,95 zł/kg. To ceny z naszych hipermarketów. A ile naprawdę kosztują ryby?

Był czas, kiedy Polacy uważali ryby za gorszy substytut mięsa. Ale nawet wtedy były trudne do kupienia. Dziś pamiętnego zdania z filmu "Miś" Stanisława Barei - " - młodzi nie rozumieją, bo ryby są wszędzie, w każdym sklepie. I tańsze niż kiedykolwiek. Jak doszliśmy do tego eldorado?

Gospodarka rynkowa sprawiła, że towar jest dostępny, jeśli jest poszukiwany. A o to, by był poszukiwany nie tylko raz w roku, przed 24 grudnia, kiedy Polacy tradycyjnie rybę jedzą, zadbali spece od marketingu. Oparli swoje działania na dawnym (już nieaktualnym, o czym za chwilę) skojarzeniu ryb ze zdrowiem i oczywiście na zachęcającej do zakupu cenie. Żeby taką osiągnąć, trzeba jednak pójść w masowość. I tak ryby stały się najczęściej zjadanym zwierzęciem, jeśli liczyć na egzemplarze, a nie na kilogramy.

Zagarnięte życie

Około połowy zjadanych przez ludzi zwierząt wodnych pochodzi z natury, czyli z połowów. Zdziwi się jednak ten, kto myśląc o rybołówstwie, wyobraża sobie romantyczny obraz niewielkiej przystani, na której co rano rybacy sprzedają własny połów. Masowość króluje. Wielkie jednostki są pływającymi fabrykami, którym nie opłaca się łowić np. przez jeden dzień. Wypływa się w morze nawet na kilkadziesiąt dni i łowi wszystko, co popadnie, po czym przetwarza to, co się do przetworzenia nadaje. Taka pływająca fabryka jest w stanie przerobić w czasie jednego typowego rejsu 4,5 tys. ton ryb (400 ton dziennie). Na morderczą pracę na jej pokładzie 24/24 h rzadko kiedy decydują się ludzie nieprzymuszeni sytuacją finansową. Ogromna część produkcji odbywa się w krajach ubogich, gdzie normy pracy nie istnieją. Do ceny, którą płacimy za kilogram ryby, należałoby więc dopisać wynagrodzenie, jakie powinni otrzymywać ci współcześni rybacy niewolnicy.

Statki przetwórnie mają długość nawet do 142 m, ale jeszcze istotniejszy jest ich zasięg w głąb. Żeby pozyskać gatunki ryb żyjące blisko dna, potrzebne są sieci sięgające 800 m pod powierzchnię morza. 800 m to tyle, ile mierzy najwyższy budynek świata Burdż Chalifa w Dubaju, ponad 2,5 razy więcej niż wieża Eiffla. Wyobraźmy sobie cztery Pałace Kultury i Nauki bez iglic ustawione jeden na drugim... To standard, nie rekord. – Ryby, które żyją blisko dna, takie jak dorsz czy flądra, poławia się najbardziej kontrowersyjną i inw - mówi Monika Kuźniewska z Katedry Ekonomii Akademii Leona Koźmińskiego. - tłumaczy.

Praca trawlera różni się głównie tym, że w sieci zgarnia się wszystko, co znajdzie się na drodze powyżej dna. Przy wspomnianej głębokości nie może być mowy o selekcjonowaniu gatunków, na które zamierzamy zapolować. Wśród tych, które z punktu widzenia przemysłu spożywczego są cenne, znajdą się więc za każdym razem nieprzydatne w gospodarce człowieka. To tzw. przyłów. W praktyce: zbędna śmierć milionów zwierząt, od nawet nienazwanych rybek po koralowce, koniki morskie, delfiny, żółwie, foki, wieloryby, rekiny, nawet ptaki. Bo podczas połowów ryb giną także tysiące ptaków nurkujących. Przyłów stanowi średnio 40 proc. każdego połowu (w przypadku połowu modnych i taniejących z sezonu na sezon krewetek dochodzi do 200 proc.).

Uduszone, a zbędne gospodarce człowieka zwierzęta są po prostu wrzucane do morza. Do kosztu każdego kilograma zjadanej przez nas ryby powinniśmy więc dodać przynajmniej 40 proc., za które nikt nie zapłaci, tzn. zapłacimy wszyscy w trudnych do oszacowania kosztach ekologicznych.

Poławiając w ten sposób, nie da się uniknąć pozyskiwania egzemplarzy, które w tradycyjnych metodach byłyby pominięte  niewymiarowych, czyli młodych. Odłowione, duszą się na powietrzu, nie trafiają do sprzedaży, więc ich połów nie ma sensu z ekonomicznego punktu widzenia. I nigdy się nie rozmnożą. Problem przeławiania, czyli połowów niedających szansy na pełne odnawianie się populacji, jest widoczny przez znikanie gatunków ryb. W 1992 r. doprowadziliśmy w ten sposób do załamania populacji północno-zachodniego dorsza atlantyckiego, co oznacza, że doprowadziliśmy do spadku większego niż 95 proc. historycznej biomasy tego gatunku.

W ciągu trzech lat (2011–2013) liczba oficjalnie uznanych za zagrożone gatunków ryb w północno-wschodnim Atlantyku oraz przylegających wodach (m.in. Morze Północne i Bałtyk) wzrosła z 11 do 25. Są dziś w Europie obszary, na których na progu wyginięcia znajdują się dorsz, śledź czy plamiak - od zawsze poławiane w tych rejonach, lecz dziś metodami rabunkowymi. - twierdzi Pavan Sukhdev, ekonomista, dyrektor Green Economy Initiative i ambasador Programu Ochrony Środowiska Narodów Zjednoczonych (UNEP).

Oznacza to na pierwszy rzut oka, że po prostu znikną one ze sprzedaży, ale najważniejszy koszt poniesiemy, łamiąc dziś i tak już zaburzoną równowagę w tych akwenach. Trzeba pamiętać, że zniknięcie każdego gatunku pociąga za sobą inne, powiązane z nim. Człowiek najczęściej nawet nie zdaje sobie sprawy z istniejących powiązań (tak jak odkrycie uzależnienia żyraf od termitów zajęło nam trochę czasu, którego nie poświęcamy, by badać organizmy morskie).

Hodowla jeszcze gorsza

Skoro tak, to może warto przerzucić się na ryby hodowlane? W końcu ich nie trzeba odławiać z dna morskiego, powodując przy tym tak wielkie straty ekologiczne. Hodowla ryb w naszych czasach różni się jednak od chowu wielkoprzemysłowego ssaków tylko środowiskiem wodnym. Już choćby dlatego, że dziś konsumpcja ryb hodowlanych to ok. 50 proc. całości, a w 1970 r. było to zaledwie 4 proc.

Na początek tradycyjne karpie i pstrągi, popularne w Polsce ryby słodkowodne. Czym różni się dzisiejszy pstrąg od tych, które kiedyś łowiło się w potokach? Warunkami życia, które muszą się przełożyć na jakość. Jak zawsze decyduje ekonomia. Żeby osiągnąć jak najniższą cenę (od 8,99 zł/kg żywego karpia w jednym z hipermarketów po 14,99 w sklepie uchodzącym za elegancki, pstrąg patroszony za 21,99 zł w sieciowym markecie), trzeba zredukować koszty i iść w masową produkcję. Proszę sobie wyobrazić przeciętną wannę, taką, w jakiej kiedyś trzymało się karpie przed świętami albo w której biorą państwo kąpiel. W odpowiadającej jej objętości wody żyje w hodowli 27 pstrągów. Taki tłok - pomijając dobrostan zwierząt - musi odbijać się na ich zdrowiu. W olbrzymim nagromadzeniu osobników pasożyty i drobnoustroje czują się znakomicie, mogą się rozmnażać i przenosić z osobnika na osobnika. Takim wymarzonym środowiskiem dla niechcianych przez nas w naszych posiłkach dodatków są hodowle wszystkich ryb słodkowodnych i morskich. Dotyczy to też hodowanego na największą skalę i popularnego w Europie łososia. Infekcje są na porządku dziennym, więc żeby je leczyć, a nawet do nich nie dopuścić, hodowcy podają rybom (tak jak np. kurczakom) profilaktycznie antybiotyki, obecne w spożywanym następnie przez ludzi mięsie. Naukowcy od lat apelują o ograniczenie stosowania tych środków, bo żaden antybiotyk nie działa wiecznie - bakterie mutują i uzyskują odporność. To jeden z tych kosztów, które zapłacimy kiedyś, poza ceną rybki na talerzu.

- tłumaczy Monika Kuźniewska.

Kilkanaście do kilkudziesięciu procent ryb w hodowlach umiera przed ubojem. Gdyby jednak udało się uniknąć takich problemów, to czy ryby będą sprzyjać naszemu zdrowiu? Producenci łososi przekonują nas do tego w reklamach telewizyjnych.

  - mówi Monika Kuźniewska. To ze względu na tę przykrą przypadłość norwescy lekarze zaczęli odradzać spożycie łososi kobietom w ciąży i dzieciom. Chodzi głównie o wysoką zawartość rtęci, jaką są skażone wody północnej Europy.

A jak jest z tak popularnymi krewetkami? - informował DGP w lipcu 2013 r. Takie pomory nie są rzadkością. Azjatyccy producenci stosują więc masowo antybiotyki. Problem z hodowlami leży także w tym, że wielkie hodowle powstają często w najuboższych krajach, gdzie rolnicy, nie mogąc wyżywić rodzin, decydują się na ich zakładanie kosztem ziemi rolnej (której na świecie bardzo brakuje). Zalewa się pole słoną wodą, próbuje hodować krewetki, a kiedy cokolwiek pójdzie nie tak, nie ma już możliwości powrotu do uprawy roślin.

Trudno jednak przeciwstawić się tendencji. To wielki biznes, który często wiąże się z łamaniem praw człowieka. Raporty publikowane przez Chilijską Fundację Terram pokazują nie tylko wykorzystywanie pracowników farm łososiowych i krewetkowych oraz nadużycia w 11 krajach. Tylko w Bangladeszu zostało zgłoszonych około 150 morderstw związanych bezpośrednio z akwakulturą – informuje Greenpeace.

Ile więc (za)płacimy za kilogram ryby czy owoców morza? Do ceny detalicznej dodajmy koszt społeczny, nieprawości wobec pracowników i przeciwników akwakultury, przyszłe wydatki na zdrowie, emisję gazów cieplarnianych (połów i hodowla zostawiają spory ślad węglowy) i nieoszacowane koszty zniszczenia środowiska morskiego. To dlatego, że te rachunki pozostają (na razie) niezapłacone, możemy kupować świąteczną rybkę tak tanio.

ZOBACZ TAKŻE: Przepisy, prezenty, porady... Świąteczny serwis dziennik.pl>>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Maciej Weryński
Maciej Weryński
redaktor „DGP – Magazynu na Weekend” i „Prawnika DGP”. Z „Gazetą Prawną”, a następnie DGP związany od ponad 20 lat. Wcześniej pracował w „Gazecie Bankowej”, „Życiu Warszawy” i „Życiu”. Szczególnie zainteresowany kulturą Francji, muzyką klasyczną i prawami zwierząt
Zobacz wszystkie artykuły tego autoraMasowe połowy, tuczenie szkodliwą paszą, choroby... Cała prawda o taniej rybie »
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj