– Pomoc publiczna w czasach kryzysu jest koniecznością. Jej skala musi być bezprecedensowa – komentuje minister ds. europejskich Konrad Szymański. Jak dodaje, dysproporcje w pomocy publicznej w UE to poważny problem i arcytrudne wyzwanie. – Z jednej strony trzeba zapewnić płynność firm i szukać impulsów fiskalnych dla gospodarki. Z drugiej – trzeba zapewnić integralność wspólnego rynku, który musi gwarantować równe szanse dla wszystkich i chronić konkurencję. To kluczowa i bardzo trudna rola dla KE – dodaje.

Reklama

To jeszcze nie wszystko. Do Brukseli napływają kolejne wnioski, co oznacza, że strumień pieniędzy płynący od rządów do firm na utrzymanie płynności i miejsc pracy oraz na wsparcie służby zdrowia jeszcze się rozszerzy. Co więcej, Komisja Europejska podkreśla, że niektóre kraje w swoich wnioskach zapowiadały możliwość zwiększenia nakładów w już zgłoszonych programach. Mowa tu o różnych rodzajach wsparcia – dotacjach bezpośrednich, pożyczkach, gwarancjach. W programach pomocowych – jak w przypadku Polski – wykorzystywane są też środki europejskie.

Zatwierdzona pomoc publiczna była konieczna i proporcjonalna, by wesprzeć przedsiębiorstwa i zaradzić poważnym zaburzeniom w europejskiej gospodarce spowodowanym pandemią koronawirusa. Jednocześnie istnieją ogromne różnice w wysokości pomocy publicznej przyznawanej przez państwa członkowskie, co wydaje się mieć związek z ich przestrzenią fiskalną oraz wielkością ich gospodarek – przyznaje Komisja Europejska.

Wielkość gospodarek uzasadnia skalę pomocy, ale tylko do pewnego stopnia. Niemcy odpowiadają za prawie 21 proc. PKB całej UE, a niemiecka gospodarka wraz z brytyjską, francuską i włoską mają największy wkład w bogactwo UE (zgodnie z danymi Eurostatu za 2019 r. te cztery kraje wypracowują 62 proc. unijnego PKB). Natomiast łącznie wsparcie udzielone przez rządy czterech państw zgodnie z danymi KE odpowiada za 90 proc. całej pomocy publicznej, przy czym wkład naszych sąsiadów zza Odry jest znaczący.

Skala wsparcia jest dużo większa w przypadków krajów zachodnich niż środkowoeuropejskich. Austria zgłosiła pomoc w wysokości 15 mld euro, Portugalia – 16,2 mld euro, Holandia – 10,1 mld euro, Szwecja – 10,2 mld euro, Dania – 7,3 mld euro. Tymczasem Rumunia wesprze swoją gospodarkę sumą 3,3 mld euro, Węgry – 1,2 mld euro, Bułgaria – 1,2 mld euro. Wyjątkiem w regionie jest Polska, która jako siódma gospodarka w UE wyasygnuje 48 mld euro – prawie pięciokrotnie więcej niż szósta pod względem wielkości PKB Holandia. To sprawia, że znajdujemy się w czołówce państw UE, jeśli chodzi o skalę pomocy w stosunku do wielkości gospodarki – wynosi ona ok. 15 proc. w relacji do produktu krajowego brutto. Dla porównania najbardziej hojne Niemcy przeznaczą na ratowanie gospodarki wsparcie wielkości jednej czwartej swojego PKB.

Duże różnice w skali pomocy mogą oznaczać, że jedne kraje wyjdą z kryzysu szybciej i mniej poobijane, inne mogą stracić dużo więcej, borykając się z konsekwencjami przez lata. – Ta różnica będzie miała wpływ na równe szanse, chyba że je zrównoważymy – mówiła po czwartkowym szczycie kierująca Komisją Europejską Ursula von der Leyen.

Szanse wśród europejskich gospodarek może wyrównać Fundusz Naprawczy oraz wieloletni budżet europejski, nad którymi pracuje KE. Von der Leyen chciałaby przeznaczyć na inwestycje publiczne łącznie 1 bln euro. Na to jednak będą się musiały zgodzić przede wszystkim te bogatsze kraje, które do tej pory chciały uniknąć zarówno płacenia większych składek do wspólnego budżetu, jak i większej solidarności w strefie euro.

Pojawia się też kwestia tego, w jaki sposób środki będą rozdzielane i jakie zostaną przyjęte kryteria. Piotr Buras, dyrektor warszawskiego biura think tanku Europejska Rada Spraw Zagranicznych, zwraca uwagę, że udzielenie hojnej pomocy publicznej może działać na niekorzyść danego kraju w negocjacjach, bo w pierwszej kolejności wsparcie może zostać skierowane do państw, które nie miały przestrzeni fiskalnej do tego, by hojnie zareagować na koronawirusa. – Pytanie, dlaczego dany kraj wydał tak dużo: musiał czy mógł. Niemcy zostały w mniejszym stopniu poszkodowane niż Włochy, ale wydały znacznie więcej, bo po prostu miały i mogły sobie na to pozwolić – zauważa.