W lipcu urzędy pracy wykreśliły z rejestru bezrobotnych 9,8 tys. osób, które nie zgodziły się przyjąć zaproponowanej im oferty pracy lub innej formy pomocy. To niemal dwukrotnie więcej niż przed rokiem. Trend utrzymuje się już od wielu miesięcy.

Skąd ten wzrost? -Coraz więcej pracodawców zgłasza do tych instytucji propozycje zatrudnienia na tak zwanych śmieciówkach, bo na wolnym rynku nie mogą już często znaleźć na nie chętnych - mówi dyrektor PUP w Kwidzynie Jerzy Bartnicki. Okazuje się jednak, że wielu zarejestrowanych bezrobotnych nie godzi się na takie oferty, wybierając utratę statusu bezrobotnego (z tym się wiąże odrzucenie propozycji urzędu). Chodzi zwłaszcza o tych, którzy musieliby dojeżdżać do nowej pracy, mieszkających w regionach, gdzie komunikacja publiczna nie działa sprawnie. Tymczasem w 70–80 proc. ofert proponowane wynagrodzenie nie przekracza płacy minimalnej, czyli 1750 zł brutto.

Częściowo za wzrost asertywności bezrobotnych przy ocenie ofert pracy z PUP odpowiada też poprawa sytuacji gospodarczej w kraju. W lipcu stopa bezrobocia według GUS wynosiła 10,1 proc., czyli o 1,7 pkt proc. mniej niż przed rokiem. Łatwiej jest znaleźć zatrudnienie na wolnym rynku, przez co propozycje z urzędu tracą na atrakcyjności. - W tej sytuacji niektórzy uznają, że utrata statusu bezrobotnego nie będzie dla nich dramatem, bo mają szansę zdobyć etat nie przez urząd pracy, ale np. internet lub znajomych - ocenia w rozmowie z nami ekonomista PKO BP Karolina Sędzimir.

- Są także takie osoby, które już pracują, tyle że w szarej strefie gospodarki, a status bezrobotnego był im potrzebny po to, by móc korzystać z bezpłatnej służby zdrowia - dodaje prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Część winy spoczywa jednak również na urzędach pracy. Zdaniem ekspertów reforma pośredniaków, która w założeniu miała ułatwić aktywizację bezrobotnych, została wdrożona w zbytnim pośpiechu.