Eksperyment numer jeden. O godz. 8 rano nasz dziennikarz udaje się na jedno z łódzkich osiedli. Ma stuzłotówkę. Cel: kupić bułkę i gazetę. Piekarz: "Nie mam wydać". Kioskarz: "Nie mam drobnych". Dopiero w supermarkecie 100-złotówka nie jest bezwartościową bibułą. Znalezienie drobnych na łódzkim osiedlu zajmuje ponad 30 minut.

Eksperyment numer dwa. Godz. 9 rano. Nasza dziennikarka z banknotem 50-funtowym chodzi po londyńskim Haddington. Cel: kupić bułkę i gazetę. Kioskarka ma wydać, mimo że 50-funtówka to rzadko spotykany banknot wart ponad 220 zł. Piekarz też. "Nie ma problemu, chyba że woli pani zapłacić kartą" - mówi jeden ze sprzedawców.

Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy uznaliby to za absurd, ale Polacy są przyzwyczajeni. 50-złotówka tuż po otwarciu sklepu jest bezwartościowa jak złoto króla Midasa. Jarosław Gala jest właścicielem kantoru w Łodzi. "Nie wiem, co mam powiedzieć klientowi, jeśli zażyczy sobie drobne" - mówi.

Zdaniem ekspertów przyczyną jest niedobór czterech monet. 5 zł, 2 zł, 1 zł i 50 gr. stanowią zaledwie 9,3 proc. wszystkich metalowych pieniędzy. Reszta - aż 90 proc. - to 1-, 2-, 5-, 10- i 20-groszówki. W strefie euro monety o najwyższych nominałach (50 centów, 1 euro i 2 euro) to 17,5 proc. wszystkich, a więc statystycznie występują prawie dwa razy częściej. To dlatego Belg i Portugalczyk nie mają porannych problemów z bułką.

"Emitent polskich monet widocznie nie wie, jakie są potrzeby rynku" - mówi DZIENNIKOWI ekonomista Andrzej Sadowski. "Utrzymywanie sytuacji, w której jednogroszówki to blisko 37 proc. monet nie ma sensu" - dodaje.

Eksperci przekonują, że NBP powinien postępować zgodnie z rozkładem Gaussa i uwzględniać to, że największe zapotrzebowanie jest na nominały środkowe. 50-złotówki, którymi raczą Polaków bankomaty, to za duże nominały, a 10-groszówki, którymi dostają resztę w sklepach, są za małe. "Skrajnych nominałów powinno być stosunkowo mniej" - mówi DZIENNIKOWI ekspert Centrum im. Adama Smitha Ireneusz Jabłoński.

Błąd NBP jest tym większy, gdyż urzędnicy banku nie wzięli pod uwagę, że w ciągu ostatnich kilku lat na polskim rynku pojawiły się tysiące automatów, które pożerają 1-, 2- i 5-złotówki. Na polskich ulicach brakuje tymczasem maszyn do rozmieniania pieniędzy.

W Narodowym Banku Polskim usłyszeliśmy proste wyjaśnienie: "Z uwagi na gromadzenie przez ludność drobnych monet w domach mogą występować czasowe niedobory niektórych nominałów monet.”

Te "czasowe niedobory” trwają od początku denominacji - od 1 stycznia 1995 r. Ponad 13 lat.

p

Kryzys monetowy prowadzi do absurdów

JEDEN Z NAJBARDZIEJ KURIOZALNYCH KRYZYSÓW MONETOWYCH W HISTORII WYSTĄPIŁ W UBIEGŁYM ROKU W INDIACH.Okazało się, że rupie w monetach są mniej warte niż metal, z którego je wyprodukowano. Pieniądze masowo przetapiano na żyletki i sprzedawano do sąsiedniego Bangladeszu. Efektem był chroniczny niedobór małych nominałów i wieczny problem braku drobnych. Dotknęło to szczególnie drobnych handlarzy, którzy tracili zysk, bo nie mieli wydać.

DZIENNIKARZE ZAUWAŻYLI WÓWCZAS NIEBYWAŁĄ HISTORIĘ. Na braku monet u sklepikarzy zaczęli zarabiać żebracy. Okazało się, że duża część małych nominałów, tych, których nikt nie pociął na żyletki, ląduje w ich kieszeniach. Handlarze zawierali transakcje z ludźmi ulicy, płacąc im za monety po zawyżonej cenie.

W OBIEGU POJAWIŁY SIĘ RÓWNIEŻ ZNISZCZONE I PORDZEWIAŁE MONETY. Bank centralny nigdy by ich nie przyjął, ale setki tysięcy drobnych sprzedawców nie miały wyboru. Sprawą nielegalnego przetapiania pieniędzy zajęła się policja. Próbując walczyć z kryzysem centralny Reserve Bank of India wpompował w gospodarkę ponadmiliardowego kraju monety o równowartości 150 tysięcy dolarów. To tylko częściowo rozładowało problem.

W POLSCE TAKŻE METAL, Z KTÓREGO PRODUKOWANO MONETY, BYŁ WART WIĘCEJ NIŻ ZŁOTÓWKA. Tak było w czasach PRL. Nominały monet zaczęto nawet drukować na papierze – to było bardziej opłacalne. "Co zrobić, żeby zwiększyć wartość złotówki? Przewiercić w niej dwie dziurki i sprzedawać jako guzik" - żartowali wówczas Polacy. Tym właśnie sposobem z monet robiono naszyjniki.

Najbardziej wartościową monetą w PRL była dwuzłotówka. Tylko ten nominał przyjmowały automaty telefoniczne. Bardzo szybko znalazły się osoby, które rozmieniały pieniądze na dwuzłotówki, pobierając za to odpowiednią prowizję.