Skąd biorą się nierówności na rynku pracy?

Od zawsze i w każdym społeczeństwie istnieje hierarchia stanowisk. Są ludzie, którzy kierują innymi. Jest to związane z zawodowym podziałem pracy. I niewiele można z tym zrobić. Nierówności opierają się na mechanizmach, które są niezbędne dla funkcjonowania każdego społeczeństwa rynkowego, takiego jak nasze od 17 lat. Niektóre zanikają, a na ich miejsce pojawiają sie nowe, ale są one niezbędnym elementem rozwoju ekonomicznego i organizacji społecznej.

Co przyczynia się do powstawania nierówności?

Głównym czynnikiem wpływającym na różnice między ludźmi na rynku pracy jest poziom kwalifikacji. Rynek pracy można sobie wyobrazić jako układ ról zawodowych. Żeby pełnić te role, trzeba spełnić określone warunki. Podstawowym jest poziom kwalifikacji potwierdzonych poziomem wykształcenia. Nierówności rodzą się więc już w momencie rozpoczynania kariery edukacyjnej – wtedy zaczyna się nierówny start wynikający związany z nierówności pochodzenia społecznego. Rodzice przekazują dzieciom kapitał kulturowy, kapitał społeczny i ekonomiczny. Wyższy kapitał ekonomiczny pozwala kształcić się dłużej i daje dostęp do lepszych szkół, wyższy kapitał kulturowy daje wyższe aspiracje, a niski kapitał kulturowy je odbiera. Społeczny – to kontakty z ludźmi wpływowymi albo znajomość pewnych środowisk i wiedza o tym, jak odnieść sukces. Nie jest możliwe, by rodzice przestali przekazywać dzieciom te kapitały, tego rodzicom nie da się zabronić. Powoduje to, że nierówności muszą się odtwarzać z pokolenia na pokolenie.

Próbowano interweniować w ten mechanizm w kilku społeczeństwach. Na jakiś czas się udało, m.in. w Kambodży i Związku Radzieckim. Próbowano to zrobić w latach pięćdziesiątych także w Polsce, ograniczając inteligencji dostęp na studia i dając później punkty za pochodzenie osób z rodzin robotniczych i chłopskich. Niewiele to dało.

Nierówności można więc osłabiać, natomiast raczej nie można ich wyeliminować. Faktem potwierdzonym badaniami jest wzrost korelacji pomiędzy wykształceniem a zarobkami – za wyższe wykształcenie coraz więcej się u nas płaci. W 1982 r. przeciętne zarobki osób z wyższym wykształceniem były o 12 proc. wyższe od średniej, po wyłączeniu innych czynników takich jak płeć czy stanowisko. Po zmianie systemu ta czysta nadwyżka systematycznie rośnie, obecnie doszła do 65 proc.

Tak więc z punktu widzenia polityki społecznej kosztem wzrastającej wartości rynkowej wykształcenia jest wzrost nierówności. Wykształcenie przekłada się nie tylko na zarobki, ale i na pewność zatrudnienia, chroni przed bezrobociem. Ludzie, którzy mają wyższe wykształcenie, są bardziej atrakcyjni dla pracodawców. Wyższe wykształcenie to większe prawdopodobieństwo, że ktoś, kto je ma, jest bardziej zdyscyplinowany, systematyczny, ma jakieś aspiracje i ambicje. Akurat ten mechanizm nierówności wystąpił w Polsce dopiero po zmianie systemu, w poprzednim bezrobocia przecież nie było. Jeszcze inny mechanizm polega na dopasowywaniu przez rynek pracy ludzi o wysokich kwalifikacjach do bardziej lukratywnych ról zawodowych i wyższych stanowisk.

Co z osobami, które nie znajdą sie w tej kategorii wygranych?

Przede wszystkim należałoby do nich zaliczyć kategorie usytuowane na niższych piętrach hierarchii, a więc chłopów i robotników. Warto podkreślić zdecydowany spadek liczebności klasy chłopskiej, czyli właścicieli gospodarstw. Do 1989 r. było ich 23 – 24 proc., teraz tylko 9 – 10 proc. Kategoria ta uzyskuje najniższe dochody, ma najniższy kapitał kulturowy i orientacje życiowe określane mianem tradycyjnych. W dalszym ciągu mamy też dużo robotników wykwalifikowanych (ok. 20 proc.). To spuścizna poprzedniego systemu, nie da się jej zlikwidować z pokolenia na pokolenie. Należą oni do tzw. klasy niższej. Im wyższy odsetek tych kategorii, tym bardziej zachowawczy w społeczeństwie stosunek do rzeczywistości i niechęć do zmian, mniejsza tolerancja wobec „innych”, liberalizm obyczajowy itd.

A osoby zamożne?

Jest już nowa kategoria społeczna, elita biznesu. Jeśli chodzi o poziom zamożności, to od reszty społeczeństwa dzieli je wielki dystans. Jest ich mało, ale istnieją w każdym społeczeństwie. Perspektywicznie być może przerodzą się w tzw. klasę wyższą. W Polsce to jeszcze potrwa, bowiem ludzie, którzy mają wielkie pieniądze, nie cieszą się jeszcze uznaniem i szacunkiem, jak np. w Stanach Zjednoczonych, nie mają wielkich nazwisk. Rodzi się też powoli klasa średnia, która jest bardziej otwarta. Klasa średnia rekrutuje się przede wszystkim ze środowiska inteligencji pracującej w nowych zawodach, ludzie stosunkowo zamożni, demonstrujący swój sukces, których stać na posiadanie domu, dobrego samochodu. Barierą rozwoju klasy średniej jest stosunkowo niska stopa życiowa i brak orientacji na sukces. Demonstrowanie oznak sukcesu nie jest w dobrym tonie.

Skąd biorą się osoby wykluczone z rynku pracy?

Wykluczenie jest konsekwencją utraty lub nieznalezienia pracy. Jest prawidłowością, że pierwsza utrata pracy zwiększa prawdopodobieństwo wykluczenia trwałego. Ale prawdziwe niebezpieczeństwo związane jest z dziedziczeniem wykluczenia. Mechanizm ten działa w krajach kapitalistycznych (czy ogólniej – rynkowych), powodując wzrost kategorii ludzi, którą można określić mianem underclass, ludzi poza systemem. Wykluczenie z rynku pracy jest najważniejsze, ale wyklucza też z innych sfer, chociażby z kultury. Tych ludzi nie stać albo nie mają motywacji do udziału w życiu kulturalnym. Izolują się i są izolowani, czyli wpadają w „zaklęty krąg ubóstwa”. Charakterystyczną cechą kultury ubóstwa jest bierność, niechęć do zdobywania kwalifikacji i podejmowania wysiłków na rzecz powrotu na rynek pracy. Polski system opieki społecznej zachęca do bycia bezrobotnym, m.in. przez dawanie zasiłków zamiast wymuszania aktywności, co sprzyja tworzeniu się kultury ubóstwa. Potencjalna underclass w Polsce zwiększyła się na początku transformacji. W poprzednim systemie w ogóle jej nie było. Zawsze byli ludzie biedni, ale nie wykluczeni. Obecnie kategoria ta obejmuje ok. 12 proc. i niewiele się zmienia od początku transformacji. Prawdziwą underclass stanie sie wtedy, gdy zacznie się odtwarzać w perspektywie międzypokoleniowej. U nas dopiero się to zaczyna – musi pojawić się kolejne pokolenie, czyli np. niezamożni rodzice na długotrwałym bezrobociu uwierzą, że nie warto kształcić dzieci.

Czy są jakieś różnice regionalne?

Na problem niedoinwestowania, koncentracji zamożności lub ubóstwa w pewnych regionach wpływają zaszłości historyczne, głównie podział na trzy zabory. Mimo że pokolenia, które żyły pod zaborami, dawno wymarły, działa efekt transmisji wartości i strategii życiowych. Co innego pozostawili po sobie Niemcy, co innego Rosjanie. Na zachodzie Polski rozwinęła się kultura przemysłowa, industrialna, zachęcająca do przedsiębiorczości. To był pierwszy czynnik. Drugi – to bliskość Zachodu. Łatwiejsze kontakty handlowe i ekonomiczne czy choćby możliwość dorobienia. Na wschodzie pozostała kultura rustykalna, i związane z nią tradycyjne postawy, bardziej ograniczone aspiracje do bycia mobilnym, do awansu zawodowego czy kształcenia się. Jest to podłoże społeczne regionalnych nierówności.

Czy migracje nie pomogłyby rozwiązać problemów na rynku pracy?

Migracje są naturalnym czynnikiem przełamywania barier wykluczenia i ubóstwa. W przypadku Polski zjawiskiem utrudniającym mobilność przestrzenną pozostają trudności mieszkaniowe. Osoby o wysokich kwalifikacjach z biedniejszych regionów są często skazane na to, żeby w nich pozostawać. Najwięcej takich enklaw jest w regionach bliżej ściany wschodniej i w Polsce południowej, np. na Podkarpaciu, a także na Pomorzu i na Mazurach, szczególnie na terenach po byłych PGR-ach. Jednak w porównaniu z innymi krajami nie są to silne nierówności.