Giełdy wpadły w panikę. Wczoraj indeksy na największych rynkach w Europie pospadały o minimum 5 proc. Rekordzista (giełda we Frankfurcie) stracił ponad 7 proc. Takiego kryzysu nie było od czasu ataku terrorystycznego na World Trade Center 11 września 2001 r.

Co się stało? Europa uświadomiła sobie, że lada chwila może dopaść ją kryzys, który coraz szybciej rozwija się w Stanach Zjednoczonych. Wczoraj bez ogródek powiedział to inwestorom guru światowej finansjery George Soros. "Kryzys może pochłonąć gospodarkę na Starym Kontynencie" - zapowiedział Soros austriackiemu dziennikowi „Der Standard”. Według niego takiego zamieszania nie było od czasów II wojny światowej.

Oliwy do ognia dolały niemieckie banki: gigant WestLB zapowiedział straty sięgające 1 mld euro i zamierza zwolnić 2 tys. pracowników. Analitycy obcięli prognozy dla Commerzbanku, bo spodziewają się, że będzie miał potężne kłopoty. Wartość Deutsche Banku, którego akcje potaniały o 6,5 proc., spadła wczoraj aż o 1,3 mld euro. Inwestorzy sprzedawali udziały w tuzach światowej gospodarki - Siemens potaniał aż o 8,4 proc., Bayer - o 8,2 proc., a Daimler - 5,7 proc. Wczoraj z europejskich giełd wyparowało aż 350 mld dol. Indeks największych europejskich spółek Dow Jones Stoxx 600 spadł najmocniej od ataku 11 września 2001 r.

W Warszawie nie było lepiej. Indeks dużych spółek WIG20 stracił aż 6,73 proc. Eksperci nie mają wątpliwości: wczorajszy dzień można określić mianem czarnego poniedziałku. Ta czarna seria trwa już zresztą od wielu dni. Od początku roku z naszego rynku wyparowało już ponad 100 mld zł. Tylko wczoraj giełdowi gracze stracili ponad 24 mld zł. "Obawiam się, że będzie jeszcze gorzej" - mówi Marek Rogalski, główny analityk DM First International Traders. "Rynki akcji czeka w najbliższym czasie prawdziwa apokalipsa" - dodaje. Trzęsienie ziemi nie omija także rynku walutowego: wczoraj osłabiało się euro, tracił złoty. Za euro trzeba było zapłacić 3,65, za dolara 2,51, a za franka - ponad 2,28 zł.

To dopiero przedsmak emocji, jakie czekają rynki Starego Kontynentu. "Europa przestała być oazą spokoju" - twierdzi Marcin Kiepas, analityk Domu Maklerskiego X-Trade Brokers. Zwłaszcza że już mało kto wierzy, by Stany Zjednoczone szybko wyszły z kryzysu. Inwestorzy, obawiając się globalnego spowolnienia gospodarki, nie liczą także na powodzenie planu ratunkowego nakreślonego pod koniec zeszłego tygodnia przez prezydenta USA George’a W. Busha. "Plan ulg podatkowych na sumę około 145 mld dol. jest niewystarczający. I rzeczywiście, dlaczego miałby pomóc gospodarce o PKB sięgającym powyżej 14 bln dol., w której tylko straty banków na zaangażowaniu w segmencie kredytów przekroczą astronomiczną kwotę 500 mld dol." - twierdzi Piotr Kuczyński, główny analityk Xelion - Doradcy Finansowi. Jego zdaniem szczególne załamanie w sektorze bankowym może być punktem zapalnym, który doprowadzi do poważnej eksplozji także w Europie.

Soros: To największy kryzys od zakończenia II wojny światowej

DZIENNIK publikuje fragmenty wywiadu, którego George Soros udzielił austriackiej gazecie „Der Standard”. Amerykański finansista ostrzega w nim przed widmem recesji, które zawisło nad USA i Europą.

"Der Standard": George W. Bush zapowiedział wart 150 mld dol. plan ożywienia koniunktury. Czego pan oczekuje po tym pomyśle?
GEORGE SOROS: Niezbyt wiele.

Czy już niedługo będziemy zmuszeni zmierzyć się z wielkim kryzysem finansowym?
Tak. Sytuacja jest dużo poważniejsza niż wszystkie kryzysy od czasów zakończenia II wojny światowej. Istnieją głębokie nieporozumienia w światowej ekonomii w ostatnich latach. Nazywam to rynkowym fundamentalizmem. Polega on na przekonaniu, że rynki dążą do równowagi. Uważam, że taki pogląd jest fałszywy. Mamy bardzo poważny kryzys finansowy.

Czy Stanom Zjednoczonym grozi recesja?
Tak.

A Europie?
Oczywiście. Europie również grozi recesja. Zaskakujące, że tak niewielu ludzi to rozumie.

Czy sądzi pan, że prognozy dla Europy są lepsze?
Austria na razie korzysta z koniunktury w Europie Środkowej. Wszystkie kraje są zagrożone kryzysem.

*George Soros: amerykański finansista, jeden z najbardziej znanych spekulantów walutowych, ale także filantrop, fundator Instytutu Społeczeństwa Otwartego i licznych fundacji, w tym Fundacji im. Stefana Batorego. Znany krytyk polityki George’a W. Busha

Nic nie straciłem, bo to wirtualne pieniądze

Renata Kim: Martwi pana sytuacja na światowych giełdach?
Leszek Czarnecki*: Tak jak każdy inny inwestor nie jestem specjalnie zadowolony z tego powodu, co się dzieje na giełdzie. Ale przede wszystkim martwię się o moich akcjonariuszy mniejszościowych, którzytracą w tej chwili pieniądze. Ja, szczerze mówiąc, całkiem spokojnie dotego podchodzę.

Naprawdę?
Tak. Dlatego że zarówno wszystkie zyski, jak i wszystkie straty sączysto wirtualne. Ja wierzę w giełdę, a przynajmniej w te spółki,których akcje posiadam i nimi zarządzam. Nie muszę ich sprzedawać, więcpodchodzę do tego z większym dystansem.

Dzisiaj wyliczono, że od początku tego roku ubyło już panu z konta ponad700 milionów złotych. Jak się Pan z tym czuje?
Raz jeszcze podkreślę, że jest to strata czysto wirtualna, bo akcji mamnadal tyle, ile miałem, nadal mam ten sam biznes. I proszę zwrócić uwagęna to, że nie widziałem wcześniej żadnego artykułu, w którym dziennikarze podsumowywaliby mój wirtualny zysk. Strata byłaby jednak wtedy, gdybym kupił akcje na samym szczycie notowań, gdzieś w połowie ubiegłego roku, a teraz zdecydowałbym się je sprzedać. Wtedy strata byłaby zupełnie realna. Ale ja się czuję dobrze i nie sprzedaję żadnych akcji.

A kupuje pan?
W tej chwili nie mogę, bo nie można tego robić, dopóki spółki nie opublikują swoich wyników finansowych. Ale gdy opublikują, to przyobecnych cenach absolutnie mam zamiar kupować.

Co będzie dalej?
Parę miesięcy temu w wywiadzie telewizyjnym na temat różnych scenariuszy wydarzeń na giełdzie mówiłem, że według mnie do połowy tego roku giełda na pewno nie wzrośnie. Twierdziłem, że sytuacja się ustabilizuje, a potencjalne spadki nie będą większe niż 10 procent. W tej chwili mamyjuż więcej - 15 czy nawet 17 procent spadków od początku roku, ale nadal myślę, że to bardzo krótkotrwała bessa. Bo nie ma żadnych powodów do głębszej korekty. Ta korekta, której jesteśmy świadkami, wynika tylko z tego, że warszawska giełda jest najmocniejsza w regionie, więc do tej pory najszybciej rosła. Więc zgodnie z zasadą wahadła, kiedy się ono wychyliło w jedną stroną, tak i w tej chwili musi wrócić na swojemiejsce. I stąd właśnie większe spadki niż na innych giełdach w Europie.Natomiast ja głęboko wierzę, że my osiągnęliśmy już najniższy poziom.Nawet jeśli giełda spadnie w dół o kolejne pięć procent, to będzie to bardzo krótkotrwałe.

A skąd ta pewność?
Bo patrząc na realną wycenę giełdy, wyraźnie widać, że najniższy poziom już osiągnęliśmy. Większość spółek jest wyceniana według wskaźnika cena do zysku jak 10:1, albo taniej. Co to znaczy? Tyle, że z zainwestowanego kapitału spółka jest w stanie wygenerować 10 proc. zysku, czyli zdecydowanie więcej niż lokaty oferowane w banku. Więc wyraźnie widać, że nadal lepiej jest inwestować w spółki niż w lokaty.

Mówi pan jak duży gracz, klasyczny rekin giełdowy. Czy te wszystkie zasady inwestowania odnoszą się też do małych graczy?
Ja nie jestem rekinem, ja zarządzam swoim biznesem, nie inwestuję pasywnie. Natomiast to, co mówię, to uniwersalne spojrzenie na giełdę.Problem jest rzeczywiście z tymi graczami, którzy wzięli kredyt, zainwestowali na giełdzie i mają teraz przed oczami termin spłaty kredytu. Takie granie na kredyt, bez żadnych innych aktywów, to jest czysty hazard! I szczerze mówiąc, nie chcę się wypowiadać na temat samopoczucia hazardzistów. Natomiast jeśli chodzi o inwestorów instytucjonalnych, długoterminowych, to przecież muszą oni wiedzieć, że perspektywy polskiej gospodarki są naprawdę dobre! Ceny spółek są daleko powyżej potencjalnej rentowności z lokat i w związku z tym nawet bardzo elementarne wyliczenie rentowności pokazuje, że opłaca się inwestować w akcje, a nie w lokaty w banku. Więc z chwilą, gdy minie panika i przyjdzie otrzeźwienie, nie ma możliwości, by giełda nie poszła w górę, bo akcje są już w tej chwili zbyt tanie.

I nie martwi Pana groźba recesji, którą wieszczą najróżniejsze autorytety?
Absolutnie nie! Nie wierzę, by Polsce groziła recesja w perpsektywie najbliższych kilkunastu lat.

*Leszek Czarnecki: jest jednym z najbogatszych Polaków, twórcą imperium finansowego Getin Holding. Na ubiegłorocznej liście miliarderów tworzonej przez magazyn „Forbes” jego majątek oszacowano na 2 mld dol.