Wprawdzie chodzi o walutę szwajcarską, ale stopa procentowa będąca podstawą określania wartości odsetek to London Interbank Offered Rate. O problemach z LIBOR-em mówiło się przynajmniej od czasu wybuchu kryzysu finansowego niespełna 10 lat temu. Nie brakowało zarzutów o manipulacje. Wiązały się one z tym, że stopy LIBOR pokazują nie to, po ile banki pożyczają sobie pieniądze, ale raczej – jak wyobrażają sobie rzeczywisty koszt pieniądza (nasz WIBOR różni się tym, że uczestniczące w nim banki mają obowiązek zawierania transakcji po zgłoszonych stawkach – o ile zgłoszą się chętni). Mechanizm nie zmienił się do dziś. Z czasem nadzór nad obliczaniem stawek przejęła od brytyjskiego stowarzyszenia bankowców spółka Intercontinental Exchange, m.in. właściciel nowojorskiej giełdy. To jednak nie pomogło. Financial Conduct Authority zdecydowało o zamknięciu LIBOR-u.

Jak to się ma do kredytów frankowych spłacanych przez Polaków? W kontraktach z bankami standardem jest, że stopa bazowa dla takich kredytów to właśnie LIBOR. Nie ma pewnie nikogo, kto widziałby wszystkie wzory umów kredytów walutowych, dlatego nie można powiedzieć, że w żadnej z  nich nie uwzględniono tego, że podstawa oprocentowania może się zmienić. Ale zapewne całkiem bezpiecznie można założyć, że taka właśnie była powszechna praktyka: w kontraktach LIBOR jest zawsze LIBOR-em, a nie "stopą pokazującą koszt szwajcarskiego pieniądza".

Pięć lat – wydaje się, że to długo. Że problem powinien być wtedy dużo mniejszy niż obecnie, gdy kredyty frankowe to wyraźnie powyżej 100 mld zł. Prawdą jest, że co roku kilka procent portfela zostaje spłacone. Ale wszystkich kredytów w podobnym stopniu. Liczba frankowych klientów wprawdzie się zmniejszy, jednak zapewne w stosunkowo niewielkim stopniu (tu oczywiście trzeba zrobić zastrzeżenie, że wszystkie te rozważania mogą całkiem stracić na aktualności, gdyby jednak zostały uchwalone przepisy, na mocy których kredyty frankowe zostałyby przewalutowane na złote).

Co stanie się, gdy stopy LIBOR zabraknie? Możliwości jest wiele. Skrajna: obowiązywać będzie oprocentowanie z ostatnich dni jej funkcjonowania. Oznaczałoby to, że do końca umowy oprocentowanie kredytu się nie zmieni. Gdyby LIBOR pod koniec 2021 r. był taki jak dziś, czyli mocno ujemny, klienci mogą być zadowoleni. Inna opcja: interwencja krajowego nadzorcy lub ustawodawcy, która regulowałaby kwestię oprocentowania przez wyznaczenie jakiejś innej stopy określającej rynkowy koszt helweckiego pieniądza – nietrudno sobie wyobrazić, że bankowcy właśnie na to liczą.

Albo jeszcze inne rozwiązanie: być może klienci będą musieli porozumieć się z bankami w sprawie zmiany umów. A raczej to banki powinny występować do klientów, aby ci łaskawie zgodzili się na nowe zasady. Dyskusja wokół kredytów walutowych i liczne informacje o związanych z nimi procesach, jakie bankom wytaczali klienci, pozwalają się domyślać, że nie byłyby to dla instytucji finansowych łatwe chwile. Bądź też bankowcy w zamian za zgodę na nową stopę procentową musieliby klientom zaoferować jakąś konkretną korzyść. Czyli coś, przed czym do tej pory bronili się rękami i nogami, gdy pytano ich o to, jak chcieliby zachęcić klientów do przewalutowania.

Brytyjczycy mają wyjść z własnym pomysłem, co może zastąpić LIBOR. Konieczności interwencji w umowy prawdopodobnie to jednak nie zmieni.

Niedawno PKO BP, największy krajowy bank i lider na rynku kredytów hipotecznych, rozsyłał klientom propozycję aneksowania umów w taki sposób, że gdyby stopy procentowe w Polsce spadły poniżej zera, to będzie to uwzględniał przy wyliczaniu oprocentowania. Dziś taka opcja zdaje się graniczyć z niemożliwością. Ale gdy krajowe banki masowo udzielały kredytów we frankach, także wydawało się niemożliwe, że LIBOR znajdzie się na minusie (bądźmy precyzyjni: nikt o tym w ogóle nie myślał). A to i tak małe piwo w porównaniu z jego likwidacją.