Funt po 5,20 zł - to już niebawem, może jeszcze przed wakacjami – obstawia Marek Rogalski, analityk walutowy DM BOŚ. Wtóruje mu Bartosz Sawicki z TMS Brokers. Zapewne do końca tego kwartału zbliżymy się do szczytu z końca stycznia, czyli do 5,20 zł za funta - uważa.

Wczoraj za brytyjską walutę płacono ponad 5,14 zł. Od początku roku zdrożała ona o 13 groszy. Funt umacnia się zresztą do większości walut, w tym do euro i dolara. Jego siła to efekt rynkowej gry pod podwyżki stóp procentowych, jakich miałby dokonać Bank Anglii. Eksperci zakładają, że może to nastąpić już w I kw. przyszłego roku, a Bank Anglii byłby jednym z pierwszych banków centralnych w Europie, który dokonałby takiej operacji.

Stopy miałyby iść w górę, bo brytyjska gospodarka nabiera rozpędu i nie ma przy tym problemów ze zbyt niską inflacją (w odróżnieniu od wiodących gospodarek strefy euro). Według prognoz zebranych przez agencję Bloomberg w tym roku PKB na Wyspach ma wzrosnąć o 2,9 proc. w porównaniu do 1,7 proc. w roku 2013. Spadnie bezrobocie, poprawi się wynik w finansach publicznych i zmniejszy deficyt na rachunku obrotów bieżących, który jest miarą odporności gospodarki na zewnętrzne zawirowania.

Brytyjska gospodarka zaskoczyła rynek bardzo silnym ożywieniem już w ubiegłym roku. Było ono napędzane mocnym popytem wewnętrznym, miało wpływ na wzrost rynkowych stóp procentowych. I rozpoczęło rajd funta, który trwa już dość długo - zwraca uwagę Bartosz Sawicki.

Marek Rogalski uważa, że popyt na funta jest raczej trwały i sytuację mogłaby zmienić dopiero jakaś czarna seria złych danych z Wielkiej Brytanii. To, jak mocny jest funt, widać było w poprzednim tygodniu, kiedy to złoty umacniał się do większości walut, np. do euro i franka szwajcarskiego – ale do funta wyraźnie tracił. Być może złoty w długim okresie będzie silny, ale wiele wskazuje na to, że funt będzie silniejszy – prognozuje Rogalski.

To bardzo dobra wiadomość dla setek tysięcy rodzin Polaków, którzy wyjechali do pracy w Wielkiej Brytanii. Zakładając nawet, że funt już nie zyska, a jego kurs będzie na poziomie średniej z pierwszych pięciu miesięcy (5,07 zł), do Polski mogłoby napłynąć więcej pieniędzy niż rok temu (bo około 3,8 mld zł). Jeśli jednak brytyjska waluta urośnie w siłę i będzie przez dłuższy czas kosztowała 5,20 zł, a mieszkający na Wyspach będą się dzielić dochodami ze swoimi rodzinami tak, jak w ubiegłym roku (wtedy wysłali 763 mln funtów), to kwota transferów z Wysp zbliży się już do 4 mld zł. Więcej emigranci na Wyspy przetransferowali do kraju tylko w 2007 r., kiedy to na konta w Polsce przelali 914 mln funtów. Po ówczesnym kursie dało to ponad 5 mld zł.

Pytanie, czy funt rzeczywiście może kosztować 5,20 zł i więcej przez dłuższy czas. Marek Rogalski zwraca uwagę, że polska gospodarka też ma się nieźle, jej fundamenty są mocne, a rząd ma dobrą prasę za granicą. To wszystko może przyciągać zagraniczny kapitał, co będzie wspierać złotego i zniweluje efekt mocnego funta. Ale Bartosz Sawicki zwraca uwagę na kilka czynników ryzyka: np. opóźnienie w podwyżkach stóp procentowych w Polsce ze względu na ciągle słabą akcję kredytową i bardzo niską inflację. W kwietniu wyniosła ona ledwie 0,3 proc., a niektórzy ekonomiści przebąkują o ryzyku deflacji w lecie. Utrzymywanie niskich stóp przez dłuższy czas – np. jeszcze przez większość 2015 r. - może osłabiać złotego.

Poza tym zakładamy, że w perspektywie kolejnych 12 miesięcy euro będzie kosztowało około 78 pensów w porównaniu z 81 pensami obecnie. Przy założeniu umocnienia złotego do euro do 4,05–4,10 zł, powinno się to przekładać na poziom 5,19–5,25 zł za funta - mówi Bartosz Sawicki.

Druga sprawa to wielkość transferów w funtach. Widać zależność między nią a stanem koniunktury na Wyspach. Po rekordowym 2007 r. już rok później przelewy były mniejsze, rzędu 860 mln funtów, bo brytyjska gospodarka zaczęła wyraźnie hamować. A gdy wpadła w recesję, nastąpił głęboki spadek. Przy ponad 5-proc. spadku PKB w 2009 r. i wzroście stopy bezrobocia do 7,5 proc. z 5,6 proc. rok wcześniej transfery do Polski z dochodów z pracy na Wyspach zmalały do 663 mln funtów.

Ale od co najmniej dwóch lat kwoty przelewów znów rosną. Zbiegło się to w czasie ze stopniowym spadkiem bezrobocia (8 proc. w 2012 r., 7,63 proc. w 2013 r.) i gospodarczym odbiciem (0,3 proc. w 2012 r., 1,7 proc. w 2013 r.).

Poprawa koniunktury to jeden z bardziej istotnych czynników, który decyduje o wielkości transferów. Bo im lepsza koniunktura, tym łatwiej o dobrze płatną pracę – twierdzi Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.

Jednak żaden z ekspertów, z jakimi rozmawialiśmy, nie zakłada, że strumień pieniędzy do kraju zacznie się jakoś gwałtownie poszerzać. Rafał Benecki zwraca uwagę, że emigranci coraz częściej ściągają rodziny do siebie i swoją przyszłość wiążą z krajami, w których pracują. Co automatycznie ogranicza przelewy do Polski. Czynnik koniunkturalny odgrywał najważniejszą rolę na samym początku fali emigracji. Teraz coraz ważniejsza jest asymilacja w kraju pobytu - mówi analityk.

Poza tym wielu emigrantów pracuje za niskie stawki. W ich przypadku poprawa koniunktury zadziała, ale ten efekt nie będzie szczególnie istotny. Bo zależność między gospodarczym przyspieszeniem a pensjami jest tym większa, im więcej ktoś zarabia - dodaje Marcin Mrowiec, główny ekonomista Pekao.

Eksperci podkreślają, że pieniądze, jakie emigranci przesyłają do Polski, to mocny impuls dla popytu w kraju. W ubiegłym roku łączne transfery z zagranicy wyniosły 17,1 mld zł – czyli około 1 proc. PKB. To dużo, gospodarka zapewne by odczuła, gdyby tych transferów zabrakło. Ale z drugiej strony napływ tych transferów nie podbija nam dynamiki wzrostu gospodarczego, bo jest mniej więcej stały – mówi Marcin Mrowiec.