Wieść, że cypryjski parlament odrzucił projekt jednorazowego podatku obciążającego bankowe oszczędności, sprawiła, że tysiące mieszkańców wyspy wyległy na ulice. Wiwatowali i śpiewali hymn, choć gdyby ktoś im powiedział, że świętują nadchodzącą klęskę, zapewne by nie uwierzyli. Lecz trudno im zarzucać szczególną krótkowzroczność.

Przecież to europejscy przywódcy pięć lat temu zgodzili się przyjąć Cypr do strefy euro. Nikt wówczas nie zaprzątał sobie głowy tym, że państwo z 17 mld euro PKB ma sektor bankowy dysponujący sześć razy większymi aktywami. Tuż po wejściu wyspy do unii walutowej przerośnięte banki zdewastowały gospodarkę Islandii, doprowadzając państwo na skraj bankructwa. To ostrzeżenie nikomu nie dało do myślenia, no bo przecież Islandia nie znajdowała się ani w strefie euro, ani w UE.

Teraz mały kraj na Morzu Śródziemnym, aby wraz ze swoimi bankami nie zbankrutować, potrzebuje ok. 16 mld euro. W sumie niewiele, ale dla niemieckich wyborców może być to kropla przelewająca czarę goryczy. Nie dość, że muszą kolejny rok łożyć ogromne sumy na leniwych Greków, to teraz przyjdzie jeszcze utrzymywać ich wyspiarskich pobratymców. Ponadto dofinansowanie cypryjskich banków oznacza ocalenie ok. 20 mld euro należących do rosyjskich oligarchów, co nie będzie kosztowało Rosjan ani kopiejki. Wyrzeczenia Niemców są konieczne, jeśli chcą stabilności unii walutowej. Bankructwo Cypru oznacza bowiem, że znów zacznie się ona chwiać w posadach. Z drugiej strony jeśli rozeźleni niemieccy wyborcy powiedzą „dość”, to po prostu upadnie.

Strefa stadna

W Europie zapomniano, że unia walutowa była politycznym kompromisem, który przedstawiono jako ekonomiczną konieczność. W latach 80. przewodniczącym Komisji Europejskiej był Jacques Delors, który forsował projekt Unii Gospodarczej i Walutowej, ale gdy przedstawił w 1989 r. plany jej stworzenia, zaprotestowali Niemcy. Wizja likwidacji marki i ograniczenia roli Bundesbanku bardzo im się nie podobała.

Ale traf chciał, że kilka miesięcy później komuniści de facto ponieśli klęskę w wyborach w Polsce, potem zbuntowali się obywatele NRD, a ZSRR pogrążył się w chaosie. To otwierało szansę na zjednoczenie Niemiec i kanclerz Helmut Kohl postanowił ją wykorzystać. Prezydent Francji Francois Mitterrand zgodził się nie robić przeszkód pod jednym warunkiem – powstanie Unia Europejska ze wspólną walutą. Niemiecki minister finansów Theo Waigel krótko stawiał opór, by skapitulować przed polityczną koniecznością. Zażądał tylko, by przyszły pieniądz nie nosił francusko brzmiącej nazwy ecu, lecz bardziej neutralną – euro.

Przyjęty w 1992 r. w Maastricht traktat integracyjny zachwycił większość ekonomistów. Za ideowego ojca przyszłej unii monetarnej uznano Roberta Mundella, który od lat 60. projektował tzw. optymalne obszary walutowe (w 1999 r. nagrodzono go za to Noblem). Jednak wedle teorii profesora wspólną walutę powinny przyjąć kraje o zbliżonym poziomie rozwoju, podobnym tempie wzrostu PKB oraz podobnej stopie inflacji. Przyjmując ją, miały zagwarantować swobodny przepływ kapitału, usług i siły roboczej. Mundell ostrzegał, że niespełnienie któregoś z warunków grozi szokiem asymetrycznym: gospodarki jednych krajów doświadczałyby boomu, innych zaś recesji. Ale politycy budujący unię monetarną podkreślali płynące z niej korzyści, ostrzeżenia z kolei ignorowali.

Na swoje usprawiedliwienie mogą stwierdzić, że podobnie uczyniła przytłaczająca większość ekonomistów. A przecież jeszcze w latach 30. XX w. problematyką zjawiska podejmowania przez politycznych i gospodarczych liderów lekkomyślnych decyzji w kwestiach ekonomicznych zajmował się John Maynard Keynes. Jego wnioski nie były optymistycznie. W przekonaniu, że nasz indywidualny sąd nie ma żadnej wartości, usiłujemy zdać się na osąd reszty świata, która jest być może lepiej poinformowana. Mówiąc inaczej, próbujemy się dostosować do zachowań typowych lub prezentowanych przez większość – pisał. A większość europejskich elit twierdziła, że unia walutowa to świetny pomysł.

Samotni prorocy

Podczas ostatniej podróży do Hiszpanii byłem zagadywany przez dziennikarzy i środowiska biznesowe na temat planów wprowadzenia europejskiej waluty – pisał Gary Becker w listopadzie 1995 r. w „Bloomberg Businessweek”. Jak zastrzegał, nie czuł się ekspertem w sprawach pieniężnych, bo Nagrodę Nobla otrzymał trzy lata wcześniej za badania nad zachowaniami społeczeństw w sferze ekonomii.

Jednak pomysł wzbudził u niego spory niepokój. Unię walutową poprze większość populacji wszystkich 15 krajów członkowskich, jeśli ludzie będą pewni, że Europejski Bank Centralny będzie zachowywać się tak, jak obecnie niemiecki bank centralny. Jednak obawiam się, że polityka monetarna Europejskiej Unii Walutowej wyniknie z kompromisów i sporów politycznych toczonych między członkami o różnych potrzebach pieniężnych i fiskalnych – zauważał. Dostrzegał też, że plany jej stworzenia są najbardziej popularne w Grecji, Włoszech, Hiszpanii i innych krajach, które charakteryzują się wyższą inflacją i prowadzą błędną politykę pieniężną oraz fiskalną. Wprowadzenie wspólnej waluty oznaczało więc w przyszłości finansowe ukaranie Niemiec oraz innych państw dbających o stabilność pieniądza. Dlatego postulował pozostawienie walut narodowych, dopóki istniejące różnice nie zostaną zniwelowane. Konkurencja między walutami pomaga dyscyplinować nieodpowiedzialne rządy poprzez zmniejszenie ich chęci do zwiększenia dostaw pieniędzy i finansowania deficytów budżetowych wynikających z wątpliwych wydatków – podkreślał noblista. Jeśli państwa z południa Europy okazywały się zbyt rozrzutne, wówczas ich pieniądz tracił na wartości, a trudności z budżetem i dostępem do międzynarodowych kredytów działały jak zimny prysznic i przynosiły w porę orzeźwienie.

Ostrzeżenia prof. Beckera brzmiały sensownie, jednak był Amerykaninem, a do tego jeszcze wywodził się z ekonomicznej szkoły chicagowskiej, więc postrzegano go jako liberała-doktrynera dążącego za wszelką cenę do umniejszenia roli państwa w gospodarce. Podobnie potraktowano w Europie prognozy innego wybitnego przedstawiciela tej szkoły Miltona Friedmana. Już w 1997 r. opublikował on artykuł pod proroczym tytułem Walutowa jedność drogą do politycznego podziału. Jak twierdził – zamiast się przyczynić do powstania jednolitego systemu politycznego, euro z czasem spotęguje różnice. Rozdźwięk ekonomiczny, a potem wynikły z tego rozdźwięk polityczny, miał nastąpić między zdyscyplinowanymi Niemcami a niefrasobliwymi fiskalnie Włochami i Hiszpanami. Polityczna jedność może utorować drogę jedności pieniężnej. Monetarna jedność wprowadzona w niesprzyjających warunkach okaże się barierą dla osiągnięcia jedności politycznej – prognozował. Kiedy wspólny pieniądz wszedł do obiegu, prof. Friedman dawał mu 10 lat życia.

Nie przypuszczałem, że Unia Europejska zaakceptuje euro. Jednak w dalszym ciągu uważam, że unia walutowa jest błędem. Obecnie euro ma się dobrze, ale już piętrzą się przed nim problemy na przyszłość – mówił w wywiadzie udzielonym w 2002 r. tygodnikowi „Wirtschaftswoche”. Zapytany o przyczyny pesymizmu wyliczał, że gospodarki Irlandii i Hiszpanii rozwijały się znakomicie, ale niemiecka i grecka balansowały na progu recesji. By w takich warunkach unia walutowa się sprawdzała, siła robocza musi być mobilna: powinna przepływać tam, gdzie są miejsca pracy, a więc np. z Niemiec do Irlandii. Tak się nie dzieje – wskazywał. Gdy prowadzący rozmowę Olaf Gersemann zasugerował, że wspólna waluta sprzyja integracji politycznej, Friedman się żachnął. Tak się nie stanie. Zróżnicowanie gospodarcze w unii walutowej doprowadzi do napięć politycznych. Dlatego zjednoczenie monetarne utrudni integrację polityczną – chociażby z tego powodu, że zostało narzucone Europejczykom przez elity. Głos 90-letniego starca zbyto wszędzie wzruszeniem ramion, poza Londynem.

Anglik po szkodzie

Dla Anglików funt stanowi symbol ich suwerenności i przedmiot dumy. Opór społeczny przed rezygnacją z niego potęgowała pamięć o finansowym laniu, jakie sprawił królestwu amerykański miliarder George Soros. Wykorzystał on to, że kanclerz skarbu John Major wprowadził funt do mechanizmu ERM (poczekalnia przed przyjęciem euro) i brytyjski pieniądz musiał utrzymywać sztywny kurs względem innych europejskich walut. W połowie września 1992 r. Soros rzucił 10 mld dolarów na finansowe rynki, by obniżyć kurs brytyjskiej waluty. Musząc zachować reguły ERM, Bank Anglii wydał aż 27 mld funtów, żeby zapobiec załamaniu kursu. Niewiele to pomogło i w końcu Wielka Brytania musiała opuścić ERM. Soros ograbił brytyjskich podatników i pozostał bezkarny. Ci jednak zapamiętali, co może oznaczać sztywne powiązanie narodowego pieniądza z ponadpaństwową instytucją.

Z fobią tą usiłował walczyć Tony Blair, bardzo poważnie biorący pod uwagę możliwość wprowadzenia Wielkiej Brytanii do unii monetarnej. Z tego powodu wpływowy brukowiec „The Sun” w czerwcu 1998 r. nad zdjęciem premiera na okładce umieścił tytuł: Czy to jest najniebezpieczniejszy człowiek w Wielkiej Brytanii?. Niepokój wyborców podsycał entuzjazm, z jakim do planów wprowadzenia euro podchodził... George Soros. Zawsze byłem zwolennikiem jednolitej waluty europejskiej, związanej ze wspólną polityką – ogłosił w wywiadzie udzielonym na początku grudnia 1998 r. tygodnikowi „Paris Match”. Twierdził przy tym, że jej powstanie zabezpieczy Stary Kontynent przed przyszłymi kryzysami walutowymi. Takie deklaracje w ustach człowieka pomnażającego kapitał dzięki krachom na rynkach walutowych zakrawała na kpinę. Dla wielu Anglików oznaczały wskazówkę, że od pomysłu należy trzymać się jak najdalej.

Aby rozstrzygnąć spór między eurosceptykami a euroentuzjastami, kanclerz skarbu Gordon Brown stworzył tzw. formułę pięciu pytań. Dotyczyły one kwestii, jak przyjęcie euro wpłynie na: rynek pracy, sektor finansowy, napływ inwestycji, elastyczność gospodarki i cykle ekonomiczne. Odpowiedź pozytywna oznaczała konieczność wstąpienia do unii walutowej, negatywna – odłożenie decyzji. Test Browna przeprowadzono pod koniec lat 90. i w 2001 r. W obu przypadkach wypadł negatywnie i Tony Blair porzucił pomysł wprowadzenia Zjednoczonego Królestwa do strefy euro.

Zamek na ruchomych piaskach

Wedle starożytnego greckiego wieszcza Homera w zawsze trafne przepowiednie córki króla Troi Kasandry nikt nie wierzył, ponieważ bóg Apollo rzucił na nią taką klątwę. Bardziej prozaiczne wytłumaczenie głosi, że stawiane przez nią diagnozy były zbyt pesymistyczne, aby dawało się je łatwo zaakceptować.

Formułowane w krajach anglosaskich od początku XXI w. prognozy na temat przyszłości strefy euro brzmiały kasandrycznie. Już w kwietniu 2000 r. na łamach dwumiesięcznika „Foreign Affairs” historyk i analityk gospodarczy Niall Ferguson oraz ekonomista Laurence Jacob Kotlikoff wieszczyli groźbę przyszłego rozpadu Unii Europejskiej z powodu wspólnej waluty. Może do tego dojść, jeśli kraje strefy euro nie uporządkują swoich systemów fiskalnych. Ich zdaniem z powodu niefrasobliwej polityki budżetowej przyszłe pokolenia zostaną pogrzebane pod górami długów. Tymczasem wspólna waluta ułatwiała zaciąganie nowych. Większość rządów wprowadzających euro musi albo przeprowadzić głębokie cięcia budżetowe, przełknąć ostre podwyżki podatków, albo będzie zmuszona do opuszczenia strefy euro – twierdzili Szkot i Amerykanin.

Jednak na Starym Kontynencie panowało błogie samozadowolenie. Operacja wprowadzenia do obiegu wspólnej waluty przebiegła perfekcyjnie. Wprawdzie konsumenci sarkali z powodu wzrostu cen towarów, lecz były to drobne niedogodności. Przyszłość rysowała się w tak jasnych barwach, że artykuł Philippe’a de Villiers i Georges'a Berthu, który 25 lipca 2003 r. ukazał się w „Le Figaro”, brzmiał nierealnie. Wcześniej wahania kursowe (narodowych walut – red.) stanowiły czynnik regulacji i odgrywały rolę żandarma wobec krajów prowadzących złą politykę: spadek kursu waluty skłaniał władze publiczne do przyjęcia środków naprawczych. Po wprowadzeniu euro ta dyscyplinująca rola rynku znikła – ostrzegali dwaj politycy. Skutki błędnej polityki gospodarczej prowadzonej w jednym państwie przenoszą się obecnie na wszystkie kraje Eurolandu. Państwa prowadzące złą politykę żyją na kredyt tych uczciwych. Jak długo może to trwać? – pytali. Wraz z likwidacją walut narodowych znikły zachęty do podejmowania właściwych reform. Władza Komisji Europejskiej, która ma słabą legitymację, nie stanowi wystarczającej kompensaty. Dyscyplina administracyjna nie zastąpi dyscyplinującej roli rynku – wskazywali na największe słabości zbudowanej z takim trudem unii monetarnej.

Po upływie dekady widać, że mieli rację. W rozpaczliwym wyścigu z czasem obecni przywódcy krajów unii starają się naprawić błędy popełnione podczas jej tworzenia. Przypomniano sobie, że optymalny obszar walutowy nie powstanie bez swobodnego przepływu siły roboczej, spójnej oraz odpowiedzialnej polityki fiskalnej i budżetowej. Te niedociągnięcia ma poniewczasie usunąć głęboka integracja polityczna oraz ekonomiczna. Tylko jak przekonać do niej rozczarowanych i coraz bardziej wściekłych mieszkańców Starego Kontynentu? W ekonomii nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady – lubił złośliwie mawiać Milton Friedman. Niestety pora płacenia rachunków za euro właśnie nadeszła.