Właśnie w środę ma odbyć się kolejny szczyt strefy euro, na którym przywódcy podejmą ostateczną decyzję ws. metody wzmocnienia Europejskiego Funduszu Stabilności Finansowej, głównego instrumentu, jakim dysponuje strefa euro - tak, by powstrzymać rozlewający się z Grecji na Włochy czy Hiszpanię kryzys zadłużenia.

"Sytuacja gospodarcza się pogarsza: wzrost jest coraz mniejszy w Europie i na świecie, częściowo z powodu groźby kryzysu długu w pewnych krajach, co ma wpływ na sektor bankowy. To wymaga od nas podjęcia niezbędnych kroków, by skonsolidować budżety, zredukować długi i uchronić stabilność finansową" - napisał w liście zapraszającym na szczyt UE przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. Przywódcy 27 państw UE spotkają się w niedzielę rano, by po obiedzie kontynuować rozmowy tylko w gronie 17 państw eurolandu.

By lepiej przygotować decyzje polityków mające na celu zapewnienie stabilności finansowej strefy euro, Van Rompuy przełożył szczyt, pierwotnie planowany na 17-18 października - właśnie na niedzielę. W czwartek w Brukseli pojawiły się plotki, że i niedzielny szczyt zostanie odwołany, ale wieczorem, po rozmowie telefonicznej przywódców Niemiec i Francji - największych państw strefy euro - okazało się, że spotkanie jednak się odbędzie. Kluczowe decyzje zapadną jednak na kolejnym szczycie, który ma być zwołany do środy. Do tego czasu Paryż i Berlin mają uzgodnić wspólne stanowisko w sprawie ratunkowego planu dla euro, ale także - co może ważniejsze - kanclerz Niemiec Angela Merkel musi przekonać doń swój parlament. To Niemcy, jako największy i najbogatszy kraj w UE, ponoszą największe koszty działań ratunkowych.

"Sytuacja jest poważna. Spoczywa na nas duża odpowiedzialność" - przyznał w piątek minister finansów Niemiec Wolfgang Schaeuble tuż przed rozpoczęciem posiedzenia ministrów 17 krajów strefy euro w Brukseli, przygotowującego szczyt przywódców. "Jesteśmy odpowiedzialni przed Europą, strefą euro i naturalnie gospodarką światową" - dodał.

Fakt, że w celu podjęcia decyzji muszą odbyć się aż dwa szczyty strefy euro, skrytykował szef eurogrupy Jean-Claude Juncker. "Wolałbym, by nie było potrzeby dwóch szczytów, byśmy już w niedzielę znaleźli globalne rozwiązanie" - powiedział w piątek. Jego zdaniem, strefa euro nie potrafiąc podjąć decyzji, by zakończyć kryzys zadłużenia, wysyła na zewnątrz "katastrofalne" dla swego wizerunku sygnały."Nie dajemy teraz najlepszego przykładu przywództwa" - dodał.

O szybkie decyzje ratunkowe dla euro zaapelował też komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski, który boi się, że kryzys euro źle odbije się na negocjacjach budżetu UE na lata 2014-20. "Strategia kupowania czasu dla Grecji ma swoje granice. Jeżeli zostaną one przekroczone, to rozchwianie rynków finansowych może bardzo poważnie zaciążyć nad debatą budżetową, wrażliwą dla głównego beneficjenta, czyli dla Polski" - ocenił.


Od przywódców strefy euro oczekuje się kilku decyzji: po pierwsze w sprawie wzmocnienia funduszu ratunkowego strefy euro (EFSF), opiewających obecnie na 440 mld euro, tak by mógł on przychodzić z pomocą takim krajom jak Hiszpania czy Włochy. Mowa o zwiększeniu EFSF nawet do 1-2 bln euro poprzez tzw. lewarowanie, czyli zwiększanie możliwości kapitałowych funduszu bez zwiększenia jego środków z kasy państw strefy euro. Wciąż Niemcy i Francja nie porozumiały się w sprawie metody, jak to osiągnąć: Francja twierdzi, iż najbardziej skutecznym sposobem jest przekształcenie funduszu w bank, który mógłby wykorzystywać środki Europejskiego Banku Centralnego, ale zarówno EBC, KE jak i Berlin są temu przeciwne.

Ponadto przywódcy mają ustalić reguły dokapitalizowania europejskich banków, aby spełniały wyższy wymóg wskaźnika płynności i by móc zdać nowe ostrzejsze testy wytrzymałości. Przeprowadzi je Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA) w bankach kluczowych dla unijnego systemu bankowego. Za podniesieniem wskaźnika z obecnych 5 do 9 proc. opowiedział się już publicznie Schaeuble. Dyskusja o rekapitalizacji odbędzie się w gronie wszystkich 27 przywódców podczas obiadu w niedzielę - poinformowały wysokie źródła w UE.

Jednym z głównych wyzwań dla szczytu "17" będzie decyzja, co dalej z bankrutującą Grecją i jej długiem. Dyskusje dotyczą tego, jak duże mają być straty dla inwestorów posiadających greckie obligacje (ponad 21 proc. już uzgodnione w lipcu), i czy te straty powinny mieć charakter dobrowolny czy obowiązkowy. Niemcy, jak podają źródła, uważają, że ten tzw. haircut powinien wynieść nawet 50 proc. Francja, której banki posiadają najwięcej greckich obligacji, jest temu niechętna.

W niedzielę tematem będzie też dalsza integracja gospodarcza unii monetarnej - tak, by nie tylko zacieśniać polityki budżetowe, ale też zwiększyć dyscyplinę finansową członków eurolandu. Van Rompuy ma być wybrany na przewodniczącego strefy euro na poziomie przywódców (premier Luksemburga Juncker pozostaje przewodniczącym na poziomie ministrów finansów). Rozważana jest też stała reprezentacja euro na forach światowych i stworzenie stałego sekretariatu, albo nawet nowej instytucji przy strefie euro, której urzędnicy mieliby kompetencje nadzorowania budżetów narodowych, by nie dopuścić do powtórki greckiego przypadku. Tak duże zmiany czy powołanie nowej instytucji mogą jednak wymagać zmiany traktatu UE, na co musi się zgodzić wszystkich 27 państw, w tym Polska czy Wielka Brytania.

"Coraz więcej krajów mówi o zmianie traktatu, ale to będzie dopiero debata, nie spodziewamy się decyzji" - powiedziały wysokie źródła dyplomatyczne. Dodały, że ta dyskusja o zmianie traktatu i zacieśnianiu strefy euro będzie mieć miejsce zarówno w gronie 27, jak i samej "17".

Premier Donald Tusk powiedział w czwartek, że zmiana traktatu UE wchodzi w grę dopiero, gdy przetestowane zostaną obecne przepisy do walki z kryzysem, w tym wzmacniający dyscyplinę finansów publicznych "sześciopak". Tusk przypomniał, że dotychczas przestrzegał partnerów w UE "przed budowaniem sztucznego podziału albo przed tworzeniem kolejnych nowych instytucji"; ale "absolutnie uznaje potrzebę rozwiązywania problemów strefy euro także w formacie spotkań samej grupy euro" - podkreślił.

I uspokajał: "Nie widzę dziś w Europie istotnej siły, która byłaby zainteresowana dzieleniem Europy, ale widzę troskę, by wykorzystać każdy możliwy format, by skutecznie walczyć z kryzysem". Przyznał jednak, że "intuicja podpowiada mu", że niedzielny szczyt nie zakończy się ostatecznym finałem, a walka z kryzysem będzie trwała.