Chińczycy rzucają kolejne wyzwanie Ameryce: tym razem chcą jej odebrać monopol na ocenianie kondycji finansowej innych krajów. Na bazie własnej agencji ratingowej Dagong, która już w ubiegłym roku obniżyła poziom kredytowej wiarygodności USA, chcą stworzyć międzynarodową firmę mającą być przeciwwagą dla wielkiej trójki z USA: Moody’s, Fitcha i Standard & Poor’s.

Guan Jianzhong, szef Dagong Global Credit Rating, nie ukrywa ambicji: kierowana przez niego instytucja ma się stać rynkowym liderem w ciągu pięciu lat. W wywiadzie dla gazety „China Daily” ujawnił, że w rozmowy w sprawie powołania nowej agencji zaangażowane są zarówno firmy ratingowe z Niemiec, Japonii oraz Korei Południowej, jak i z pozostałych krajów grupy BRICS – Brazylii, Rosji, Indii i RPA.

Do rozmów z Państwem Środka na razie przyznaje się południowokoreańska National Information & Credit Evaluation. – Pomysł jest dobry, zwłaszcza że powszechnie uważa się, iż Wielka Trójka reprezentuje interesy Wall Street – twierdzi jeden z menedżerów NICE Pi Kyung Won. – Kraje rozwijające się czują, że są poszkodowane. Dobrze byłoby więc, gdyby inwestorzy mogli podejmować decyzje na podstawie bardziej zróżnicowanych informacji – dodaje.

Chińczycy doskonale wyczuwają te nastroje i dlatego chcą nadać przedsięwzięciu międzynarodowy charakter. Rozmowy o superagencji są prowadzone we Frankfurcie, a siedziba przyszłej instytucji miałaby być zlokalizowana „gdzieś w Europie” – być może w Szwajcarii lub Danii, bo kraje te w rankingach Dagong mają najwyższe oceny na Starym Kontynencie.

Rating po pekińsku

Stojąca za projektem agencja Dagong to jedna z najbardziej tajemniczych instytucji tego typu na świecie. Choć firma działa od siedemnastu lat, własne standardy ratingowe ogłosiła dopiero w 2009 roku. Na swoich stronach internetowych agencja informuje o szeroko zakrojonej współpracy międzynarodowej – szczegółów jednak nie podaje, a wysyłane do Pekinu prośby o dalsze informacje pozostają bez odpowiedzi. Dlatego też amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) odmówiła uznawania ratingów Dagong w USA.


– To na razie agencja śmiechu warta. Wkracza na rynek ratingów z reputacją instytucji stronniczej i upolitycznionej – punktuje w rozmowie z „DGP” Barry J. Naughton, ekonomista z Uniwersytetu w San Diego. Takie oceny są jednak Chińczykom obojętne, więcej – uważają je za upolitycznioną kontrę Zachodu na ich inicjatywę. A Dagong nie boi się kontrowersyjnych decyzji – już w listopadzie ubiegłego roku obniżyła rating USA, zrównując Amerykę z Rosją czy Południową Afryką. Podobnie niskie oceny pekińska instytucja wystawiła innym mocarstwom zachodnim, np. Francji czy Wielkiej Brytanii, której finansowa wiarygodność została zrównana z Chile czy borykającą się z kłopotami gospodarczymi i politycznymi Belgią.

Nie da się jednak powiedzieć, że Chińczycy oceniają Europejczyków i Amerykanów ostro, ale prawdziwie. Problem w tym, że bezwzględnie punktując słabości państw zachodnich, Dagong pozostaje łaskawa dla swojego kraju. Rating Chin – w ocenie agencji – sięga poziomu AA+, czyli znacznie wyższego niż w ocenach wielkiej trójki. Dorównuje tym samym ocenie Niemiec, a ustępuje tylko Szwajcarii i Danii oraz Australii i Kanadzie.

Na dodatek eksperci agencji interweniują – na bezpośrednie polecenie rządu lub odczytując jego intencje – w obronie chińskiej gospodarki. W tym samym czasie, kiedy agencja obniżała rating USA, jednocześnie podniosła oceny całej grupy chińskich firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

Nic dziwnego, spółki te odpowiadają za 2/3 produkcji przemysłowej Państwa Środka, generując aż 50 proc. wpływów podatkowych do chińskiego budżetu i zatrudniają około 80 proc. siły roboczej. Tyle że co piąta z nich musiała już zawiesić działalność – lub przynajmniej znacznie ją ograniczyć – ze względu na globalny kryzys finansowy i brak zamówień. Z podobną pomocą Dagong pospieszyła zadłużonemu po uszy ministerstwu kolejnictwa, które słynie zarówno z wielkich planów, jak i tuszowania wielkich katastrof. Resort dostał od agencji najwyższą ocenę wiarygodności.


Podobnie nieufnie są oceniane deklaracje szefa firmy. Guan Jianzhong apeluje o zmianę sposobu oceniania wiarygodności finansowej państw, domagając się, by brać pod uwagę realną możliwość zwrotu zaciągniętych pożyczek niż zdolność krajów do samofinansowania się poprzez zadłużenie. Zmiana nie tylko wzmocniłaby pozycję Chin, ale też odzwierciedla stanowisko władz w Pekinie: prezydent Hu Jintao już w zeszłym roku żądał od przywódców państw zachodnich „urealnienia metodologii przygotowywania ratingów”.

– Oczywiście łatwo sobie wyobrazić, że chiński rząd udzieli całemu przedsięwzięciu wsparcia – mówi Naughton. – Trudno tylko ocenić, czy Dagong rzeczywiście na tym zyska – kwituje. Chińscy eksperci nie mają jednak w tej sprawie wątpliwości. – Stworzenie systemu ratingów pisanych chińską czcionką nie tylko pozwoli skończyć z monopolem agencji globalnych, ale też będzie gwarancją niezależności finansowej i bezpieczeństwa gospodarczego kraju – uzasadniał na czerwcowym międzynarodowym szczycie gospodarczym poświęconym ratingom Wu Jingmei, ekonomista z pekińskiego uniwersytetu Renmin.

Globalny alians liliputów

Na razie buńczuczne deklaracje szefa Dagong nie robią na ekspertach wrażenia, choć nie odmawiają oni Chińczykom wpływu na sytuację rynkową. – Nie jest to agencja, do której rynki przywiązują wielką wagę – twierdzi Sarah Hewin ze Standard Chartered. Jednocześnie przyznaje, że oceny Chińczyków nie pozostają bez wpływu na nastroje wśród inwestorów. Choćby dlatego, że przypominają o kiepskiej sytuacji krajów zachodnich.

Sytuacja jednak zmienia się z każdym dniem. Zarówno Dagong, jak i inne instytucje tego typu w Azji mają spory wpływ na decyzje tamtejszych inwestorów, którzy w czasach kryzysu pozostają nierzadko jedyną nadzieją krajów zachodnich. Co więcej, jeśli dziś Dagong zatrudnia „tylko” pięciuset pracowników (dla porównania, Moody’s ma ok. 4,3 tys. w 26 krajach), to dzięki powstaniu konglomeratu instytucji ratingowych będzie mogła korzystać z gigantycznego zbioru wiedzy o poszczególnych rynkach i kredytobiorcach, zarówno indywidualnych, jak i biznesowych czy urzędowych.

– Nie można lekceważyć potencjału agencji ratingowych z krajów BRICS – mówi „DGP” Reena Aggarwal z waszyngtońskiego Georgetown University. – Wraz ze wzrostem znaczenia tych gospodarek w siłę rosną tamtejsze agencje. Dziś brazylijskie czy indyjskie instytucje oceniające kredyty są już potęgami na skalę regionalną – podkreśla.

Wystarczy przyjrzeć się gronu potencjalnych współudziałowców supersuwerennej agencji. Aggarwal jako jedną z najsilniejszych agencji ratingowych wymienia indyjską CRISIL. Choć działająca od ćwierć wieku firma jest powiązana ze Standard & Poor’s, to prowadzi niezależną politykę. Całkowitą suwerennością cieszy się za to CIBIL – agencja z nazwy i działalności przypominająca bardziej biuro informacji kredytowej – dysponuje bazą danych obejmującą 160 mln dłużników, również instytucjonalnych.


Informacje dostarczają CIBIL praktycznie wszystkie liczące się banki na subkontynencie. Potencjalny partner Dagong w Japonii – Japan Credit Rating Agency – choć nie wystawia ratingów innym państwom, ma gigantyczną wiedzę o japońskich firmach oraz pożyczkach zaciągniętych przez władze lokalne i instytucje państwowe. Na dodatek, mimo lokalnego charakteru, cieszy się sporym prestiżem na świecie. Odpowiednikiem tej firmy w Rosji mogłaby być np. Expert RA Rating Agency – działająca od czternastu lat, pierwsza rosyjska agencja ratingowa, zatrudniająca ok. 60 ekspertów.

Na Zachodzie również nie brak chętnych do rzucenia wyzwania wielkiej trójce. O udział w rynku ocen ubiega się np. amerykańska agencja AM-Best czy założona w 1976 r. kanadyjska DBRS. Rządzona do dziś przez swojego założyciela Waltera Schroedera agencja ma wyjątkowy status: jako jedna z raptem dziesięciu firm tego typu jest uznawana przez amerykańską SEC.

Podobną estymą darzona jest spółka Veda Advantage działająca w Australii i Nowej Zelandii. Notowana na australijskiej giełdzie firma, choć nie może wystawiać ratingów (zgodnie z australijskim prawem nie wolno jej wystawiać pozytywnych ocen, skupia się więc na przygotowywaniu swoistych czarnych list ryzykownych kredytobiorców), to ma informacje o 12 mln indywidualnych pożyczkobiorców i milionie firm.

Możliwości aliansu są całkiem duże i Pekin może spokojnie wybierać partnerów, z którymi będzie budował agencję ratingową. – Stworzenie jej jest najbardziej możliwe. Ale zbudowanie wiarygodnej pozycji rynkowej, zyskanie prestiżu i zaufania to zadanie na długie lata – mówi „DGP” Reena Aggarwal. – Stworzenie alternatywy dla wielkiej trójki wyszłoby całemu światu, również USA, na dobre. Ale do tego potrzeba realnej niezależności i wiarygodności – zaznacza Barry J. Naughton.