Ministerstwo milczy jak zaklęte, ale według "Dziennika Bałtyckiego", pracuje już tam zespół ekspertów, którzy ślęczą nad przepisami pozwalającymi na wprowadzenie do firm wykrywaczy kłamstw (tzw. wariografów). Każdy pracownik, jeśli tylko szef sobie tego zażyczy, miałby być do nich podłączany.

Nie wiadomo na razie, w jakich sytuacjach miałby być wykorzystywany ten zaawansowany sprzęt. Czy w przypadku błahych występków, czy poważnych afer. Nie wiadomo też, czy za kłamanie można by stracić pracę albo premię. Ani kto miałby płacić za takie testy. Bo jedno tylko badanie na tej tajemniczej maszynie to koszt ok. tysiąca złotych.

Jak to działa? Obsługujący maszynę zadaje pytania, a przesłuchiwany odpowiada na nie "tak" lub "nie". W tym czasie czujniki mierzą, czy bardziej niż zwykle się pocimy, czy rośnie temperatura naszego ciała, serce zabiło mocniej itd. Jeśli nagle kreska skoczy ponad normę - kłamiemy.

Do tej pory na szczęście wariografy znane były tylko z filmów. I miejmy nadzieję, że tylko na ekranie będziemy je oglądać.