Bruksela dotuje polskie stocznie od trzech lat w nadziei, że wreszcie zostaną sprywatyzowane i postawione na nogi. Tymczasem proces prywatyzacyjny idzie bardzo powoli, żeby nie powiedzieć, iż nie ma go w ogóle. "W 2006 roku była pierwsza prywatyzacja, która nie doszła do skutku. Później w 2007 i teraz również inwestor się wycofał" - przyznaje minister skarbu Aleksander Grad.

Ze słów ministra wynika jednak, że rząd rusza wreszcie do walki o polskie stocznie. Rząd prosi jeszcze o więcej czasu na prywatyzację, bo są w tej chwili "cztery nowe poważne oferty kupna Stoczni Gdynia i Stoczni Szczecin". "W nowym harmonogramie, który przesłaliśmy do Komisji Europejskiej, liczymy, że dostaniemy kilka miesięcy na dokończenie tego procesu" - powiedział w Radiu ZET minister Grad, który jedzie w tej sprawie do Brukseli po 9 czerwca.

Jednak jak na razie komisja jest nieprzejednana. Bruksela dała Warszawie miesiąc - albo zaczniemy robić porządki w państwowych stoczniach (co oznacza zwolnienia, cięcia w pensjach i ograniczenia w produkcji), albo odpowiemy za dotacje. Za nielegalną pomoc publiczną mogą posypać się nawet kary. W najlepszym razie stocznie będą musiały zwrócić pomoc.

Jak dotąd sprywatyzowano tylko jedną z trzech stoczni, które korzystały z pomocy publicznej. Chodzi o stocznię w Gdańsku, którą w 2007 roku za 400 milionów złotych kupił ukraiński koncern Donbas. Ukraińcy kupili zakład, licząc na to, że Bruksela zlituje się nad symbolem upadku komunizmu w Europie.