Dialog społeczny można porównać do syzyfowej pracy. Rząd, pracodawcy oraz związki zawodowe z lepszym lub gorszym rezultatem wspólnie pchają pod górę kamień – prowadzą negocjacje, konsultacje, zawierają porozumienia. Jednak co kilkanaście lat współpraca przeżywa kryzys i trzeba zaczynać od nowa.
Dziś w Polsce w głębokiej defensywie znaleźli się partnerzy społeczni – ubywa im członków, brakuje pieniędzy, zaś rząd nie tylko ich lekceważy, lecz wręcz przejmuje ich zadania. Na dodatek zmieniający się świat pracy stawia przed nimi nowe wyzwania – zmianie ulega model wykonywania obowiązków oraz struktura zatrudnienia (mniej pracy fizycznej, więcej koncepcyjnej), odchodzi się od sztywnych norm czasu oraz miejsca pracy. Niełatwo im się w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Zarówno związki – z organizacjami zakładowymi, etatami i pikietami, jak i pracodawcy – którym wciąż wydaje się, że wszyscy powinni pracować za małe pensje, do współczesności nie pasują.
I – poza nielicznymi wyjątkami – niewiele z tym robią. Jakby nie zdawali sobie sprawy, że dawno nie byli aż tak słabi. Pewnie nie znikną całkowicie, ale ich rola w procesie kształtowania stosunków społeczno-gospodarczych będzie coraz mniejsza. A już teraz jest – mówiąc delikatnie – mocno ograniczona.
Bezmiar bezwładu
Tryb funkcjonowania dialogu społecznego do mitu o Syzyfie porównał prof. Philippe C. Schmitter, związany m.in. z Uniwersytetem Chicagowskim. Nawet jeśli przyjmiemy, że w Polsce właśnie przypada pojawiający się co ćwierć wieku dołek, to jest on wyjątkowo głęboki. Uderzający jest przede wszystkim brak skutecznych inicjatyw po stronie reprezentatywnych organizacji pracodawców i związków zawodowych.
W przypadku tych pierwszych – Pracodawcy RP, Konfederacja Lewiatan, Business Centre Club, Związek Rzemiosła Polskiego, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców – najistotniejszą inicjatywą w ostatnich latach były próby zablokowania ustawy likwidującej limit składek do ZUS. Ostatecznie Trybunał Konstytucyjny uznał ją za niezgodną z konstytucją. Nawet jednak ten sukces trudno uznać za ich osiągnięcie. Wniosek do TK złożył prezydent Andrzej Duda, a przeciwne przepisom były też związkowe centrale. Lista niekorzystnych dla pracodawców zmian, których zablokować się nie udało, jest znacznie dłuższa: skrócono wiek emerytalny, wprowadzono zakaz handlu w niedzielę oraz minimalną stawkę godzinową dla samozatrudnionych i zleceniobiorców. Ci ostatni zyskali też możliwość zrzeszania się i to na zasadach bardzo zbliżonych do pracowników, włącznie z ochroną przed zwolnieniem i prawem do etatu związkowego. W znaczący sposób podwyższano też minimalną pensję. We wszystkich tych sprawach reakcja pracodawców ograniczyła się do rytualnych sprzeciwów ignorowanych przez władze albo do cichej akceptacji z obawy, że w razie protestu rząd wprowadzi jeszcze bardziej niekorzystne zmiany. Niezbyt skuteczna jest też ochrona polskich firm na forum unijnym. Polsce nie udało się zablokować m.in. niekorzystnych zmian dotyczących pracowników delegowanych.
Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. Z Gazetą Prawną związany od 2005 r. Specjalizuje się w tematyce prawa pracy. Laureat stypendium Prezesa Rady Ministrów Jerzego Buzka oraz Specjalnej Nagrody pod patronatem Elżbiety Radziszewskiej, pełnomocnika rządu ds. równego traktowania, w ramach konkursu „Pracodawca godny zaufania”. Trzykrotny laureat nagrody dziennikarskiej przyznawanej przez Głównego Inspektora Pracy.