Gospodarka zwalnia i dowodem na to są już nie tylko dane o PKB, produkcji, popycie czy eksporcie. Fatalne informacje płyną także z rynku pracy – jak wynika z wczorajszych publikacji GUS, tylko w listopadzie zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw skurczyło się o 0,3 proc. i to w porównaniu z październikiem. To zaś oznacza, że w firmach zatrudniających więcej niż dziewięciu pracowników pracę straciło 13 tys. osób. Tym samym padł niechlubny rekord – w poprzednich miesiącach firmy zwalniały od 1 tys. do 8 tys. pracowników.

Co gorsza, listopad był dziesiątym z rzędu miesiącem, w którym kurczyła się liczba etatów w przedsiębiorstwach (nie licząc czerwca, gdy przybyło zaledwie tysiąc miejsc pracy). W efekcie na koniec listopada firmy dawały pracę dokładnie 5 mln 497 tys. osób – ostatni raz tak fatalny wynik zanotowaliśmy w grudniu 2010 roku.

Spadek zatrudnienia w przedsiębiorstwach wynika z coraz większych trudności na rynku. Maleją bowiem ich zamówienia zarówno krajowe, jak i zagraniczne. Przedsiębiorstwa ograniczają więc koszty redukując zatrudnienie – ocenia Piotr Bujak, główny ekonomista Nordea Bank. Wróży, że podobnie będzie także w następnych miesiącach. Można oczekiwać, że zatrudnienie będzie spadać przynajmniej do końca I kw. przyszłego roku. I to nawet w sytuacji, gdy wcześniej zacznie się poprawiać koniunktura gospodarcza w strefie euro. Zmiany w gospodarce dopiero z pewnym opóźnieniem wpływają na rynek pracy - tłumaczy Bujak.

To wszystko oznacza, że nadal będzie rosło bezrobocie. Spodziewamy się, że w końcu roku jego stopa osiągnie 13,4 proc. podczas gdy jeszcze w listopadzie wynosiła 12,9 proc. – twierdzi Karolina Sędzimir, ekonomistka PKO BP. Jej zdaniem tylko w grudniu przybędzie 100 tys. bezrobotnych.

Nie tylko na rynku pracy jest kiepsko. Trudno o optymizm także, gdy patrzy się na płace. W listopadzie przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło blisko 3781 zł brutto i było tylko o zaledwie 2,7 proc. wyższe niż przed rokiem. W tym samym czasie ceny detaliczne towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2,8 proc.

Nasze pensje nie nadążają zatem nawet za inflacją, ich siła nabywcza jest o 0,1 pkt proc. niższa niż przed rokiem. – W całym roku realny wzrost płac może być zbliżony do zera – uważa Sędzimir. Jeżeli jej prognoza się sprawdzi, wzrost pensji będzie najniższy od 20 lat, o ile będzie. W 1992 r. realne wynagrodzenia w przedsiębiorstwach spadły o 3,6 proc., ale później co roku rosły.

Zdaniem ekspertów dane GUS powinny być mocnym argumentem za dalszą obniżką stóp procentowych, ponieważ w firmach nie ma presji na wzrost płac, a gospodarka i inflacja słabną. W styczniu RPP może obciąć stopy nawet o 50 pkt baz., a do końca I kw. główna stopa może spaść do 3,5 proc. z obecnych 4,25 proc. – uważa Bujak. Zdaniem Sędzimir bardziej prawdopodobne jest ich obniżenie w styczniu o 25 pkt baz.

W Polsce zwalnia się taniej niż na Zachodzie

Koszt zwolnienia pracownika zatrudnionego na etacie na czas nieokreślony jest w Polsce ponad dwa razy niższy niż w krajach tzw. starej Unii – wynika z badań kancelarii prawniczej Deloitte Legal. W analizie uwzględniono odprawy pieniężne, wynagrodzenia za okres wypowiedzenia lub inne koszty (np. outplacement, honoraria prawników), a także ewentualne odszkodowania. Podobne jak u nas koszty zwolnienia są w Czechach, na Słowacji, w Chorwacji czy Bułgarii, a najtańszym pod tym wglądem krajem w regionie jest Łotwa. Natomiast najwięcej zwalnianym pracownikom muszą płacić Włosi – nawet pięciokrotnie więcej niż Polacy. Polak, w zależności od stażu pracy, może liczyć najwyżej na odprawę w wysokości trzech miesięcznych wypłat. Tymczasem jeszcze niedawno zwalniany Hiszpan miał prawo nawet do rocznej odprawy, a Włochowi przysługiwała jedna pensja za każdy przepracowany rok.