"Gdy wyjmuję krówkę z papierka, od razu wiem, jak została zrobiona. Jeśli jest miejscami przezroczysta, to wiadomo, że dodano za dużo syropu, a jeśli kruszeje - za dużo cukru" - mówi Konstancja. "O, ta jest na przykład ciemna. To bardzo dobrze, bo oznacza, że była długo gotowana. Żeby krówka była smaczna, musi się długo gotować".

O tym, jak zrobić dobrą krówkę, słyszała od dziecka. Nic dziwnego: wychowała się w domu ojczyma Leszka Pomorskiego, producenta krówek z Milanówka. "Siadaliśmy w kuchni i rozmawialiśmy o krówkach. O kotle, w którym miesza się słodką masę. O tym, że mleko musi być dobre, bo to ono nadaje krówce smak. Myśleliśmy, jak usprawnić produkcję, i przeżywaliśmy, gdy nasze krówki jechały za granicę."

>>>Zobacz fabrykę krówek

Kiedyś na zamówienie Centrali Handlu Zagranicznego 12 ton krówek pojechało w wielkim kontenerze do Kanady. Zdziwili się, kiedy po jakimś czasie znów odezwała się centrala z takim samym zamówieniem. Okazało się, że Kanadyjczycy postawili kontener z cukierkami w jakimś hangarze. Gdy po tygodniu otworzyli magazyn, z przerażeniem zobaczyli, że tylna ściana jest rozebrana, a w środku siedzą dwa niedźwiedzie i jedzą krówki. "Poczuły ich zapach i włamały się do środka. Tak im zależało, żeby się dostać do krówek!" - śmieje się Konstancja.

Cukierek z rysunkiem krowy

Zapach, który przyciągnął kanadyjskie grizzly, to wanilina. Dodaje się ją do cukierków, by wzmocnić smak mleka. W Milanówku ten słodki aromat rozchodził się z zakładu Leszka Pomorskiego na całą okolicę. Fabrykę krówek w tym podwarszawskim miasteczku otworzył Feliks Pomorski, ojciec Leszka. Na początku XX wieku trafił do fabryki słodyczy w Żytomierzu. To tam podpatrzył, jak się robi krówki, i kiedy w 1921 roku wrócił do rodzinnego Poznania, zaczął wyrabiać słodycze i jako pierwszy w Polsce – właśnie krówki.

Na papierkach cukierków od początku widniał rysunek krowy. Po wybuchu wojny Feliksa przesiedlono do Generalnej Guberni, zamieszkał w Milanówku i tu rozpoczął produkcję krówek. W latach 40. fabryka się spaliła. Po wojnie władze obiecały Feliksowi, że jeśli ją odbuduje i da ludziom pracę, nigdy nie zostanie upaństwowiona. Nie dotrzymały słowa. Jak głosi rodzinna opowieść, gdy Feliks dowiedział się o upaństwowieniu zakładu, wyszedł z fabryki bez słowa, tak jak stał, wziął tylko laskę. Był rok 1952.

Ale nie zamierzał rezygnować z krówek – przeniósł się niedaleko, na ulicę Piasta, do stróżówki na działce, którą kupił kiedyś żonie. W tej stróżówce w jednym kotle zaczął gotować krówki. Sprzedawały się świetnie. Po śmierci Feliksa firmę przejął Leszek.

Wypracowania o krówkach

W zakładzie Leszka Konstancja spędziła całe dzieciństwo. "Stałam ciągle nad kotłem z masą na krówki i patrzyłam, jak kobiety ją gotują. W dwóch kotłach gotowały masło z cukrem, w trzecim – gorące mleko, które dolewały do masy. Jedna z kobiet co jakiś czas mieszała w kotłach specjalną drewnianą chochlą, którą trzymała na ramieniu. To była taka ogromna łyżka wygięta na końcu, z otworem w środku. Chodziło o to, by przelewać masę w taki sposób, żeby się nie przypaliła. To, czy masa jest gotowa, sprawdzało się, kładąc odrobinę na patyczek i zanurzając w wodzie, żeby zobaczyć, jaką ma konsystencję".

Mała Konstancja miała największą frajdę, gdy do zakładu przyjeżdżały wycieczki ze szkół i ona częstowała je cukierkami. Uczniowie pisali później wypracowania o krówkach przysyłali je do Milanówka. Leszek Pomorski nie przepadał za wycieczkami. Uważał, że przez nie robi się bałagan. "Był ostrożny. Nie lubił zamieszania ani zmian. Pamiętam, jak w latach 70. mama chciała podłączyć w zakładzie gaz. Leszek mówił: <Teresa, daj spokój. Jest dobrze, tak jak jest>. Mieliśmy dom na Mazurach. Mama powiedziała do mnie: <Pojedziesz z Leszkiem na Mazury, a ja wyrzucę tę starą kuchnię i wstawię palniki>. Po powrocie Leszek miał o to do mamy żal. Po jakimś czasie przyznał jednak: <Dobrze, że tak zrobiłaś, Teresko. Inaczej pewnie długo bym się na to nie zdecydował>.

>>>Więcej o historii firmy

Nie chciał też zmieniać opakowania krówek. A przecież jeżeli cukierek będzie lepiej wyglądać, lepiej będzie się sprzedawać. Krówki i tak świetnie szły, więc Leszek odpowiadał niezmiennie: <Po co?>. W ogóle nie jadał krówek. My z mamą je za to uwielbiałyśmy. W domu nie było nigdy innych słodyczy. Mama zawsze powtarzała, że najlepszą reklamą krówek jest to, że my je jemy".

Kooperacja zamiast buraków

Jako 17-letnia dziewczyna Konstancja jeździła do Żywca po wkładkę parafinową – przezroczysty papierek, który kładzie się do krówki pod etykietę. Rozwoziła też towar i chodziła z rodzicami na ważne spotkania. W latach 80. Leszek zaczął współpracę z firmą Dr Oetker. "Kupił wcześniej 10 hektarów ziemi pod Milanówkiem. Chciał tam posadzić buraki cukrowe, a na części ziemi pasać krowy, żeby mieć własne mleko na krówki" - opowiada Konstancja.

Nie znał się na ziemi, kupił nieurodzajną VI klasę. Ale przyniosła mu fortunę, bo wydzierżawił ją firmie Oetker Cooperation. Dał im też licencję na krówki i zatrudnił się u Oetkera jako konsultant. Dlaczego zawsze ostrożny Pomorski to zrobił? Konstancja nie wie. Może dlatego, że mówił świetnie po niemiecku i uwielbiał volkswageny.

Od lat 80. firmę Pomorskich prowadziła matka Konstancji. Młodsza od Leszka o 22 lata, zawsze pełna energii i pomysłów. "Bardzo się kochali. Tylko czasem, jeśli była zła, przypominała mi, że moim ojcem jest Andrzej Dołęga-Dołęgowski (autor opowiadań, tłumacz m.in. Tomasza Manna, przyjaciel Marka Hłaski). Mówiła: "Pamiętaj, jesteś córką literata, a nie producenta krówek!”.

Słodka reklamówka

Wszystko szło świetnie do 1990 roku. Ale wtedy można było kupić już nie tylko krówki i wedlowski torcik, ale też słodycze zagranicznych producentów. Firma Pomorskich odczuła spadek sprzedaży. "Poradziłam rodzicom, żeby firmom sprzedawać krówki w papierkach z ich logo, tak aby mogły nimi częstować klientów i jednocześnie się reklamować" - wspomina Konstancja.

>>>Tu zamówisz krówki

To był strzał w dziesiątkę. Matka zaproponowała, żeby krówki reklamowe stały się specjalnością Konstancji. Mogła realizować nareszcie to, o czym zawsze marzyła: wymyślać nowe formy sprzedaży i takie opakowania, w których cukierki ładnie wyglądały. I tak biznes rodzinny kręcił się dalej. Leszek zmarł w 1999, Teresa – rok później. Firma została w rękach Konstancji i jej przyrodniego brata Piotra. Pracowali razem przez siedem lat. Dwa lata temu ich drogi się rozeszły.

"Rozstaliśmy się z Piotrem z dnia na dzień. Pojechałam do człowieka, który w Tarczynie robił kiedyś ciągutki. Wynajął mi zakład. W poniedziałek wpuścił mnie na halę, we wtorek zaczęłam gotować krówki, a w środę już je sprzedawałam". W Tarczynie przy kotłach stanął najpierw jej mąż Cezary Oziemblewski. Zwolnił się z pracy na kierowniczym stanowisku w warszawskim Instytucie Chorób Płuc. "Czarek udowodnił, że ja i moja pasja są dla niego najważniejsze, choć jest człowiekiem wykształconym i potrafi robić wiele rzeczy. Moje jedyne wykształcenie to studia przy kotle z masą na krówki. Zaufaliśmy sobie - komu zresztą miałam zaufać, jeśli nie człowiekowi, z którym żyję i wychowuję dzieci? Musieliśmy działać szybko. Ale mieliśmy swoich dawnych klientów i zamówienia na trzy tony cukierków".

Po trzech latach Konstancja kupiła w Tarczynie własne maszyny i przeniosła się do Milanówka, gdzie produkuje krówki do dziś. Mówi, że sukces miała zapisany w kartach. "Byłam kilka razy u wróżek. Każda wyciągała kartę ze słońcem. Udało mi się także dlatego, że zawsze słuchałam intuicji. Nigdy mnie nie zawiodła. Dlatego byłam pewna, że nam się z Czarkiem powiedzie".

Kiedy Konstancja zaczęła sama robić krówki, odnalazła w domu stare zapiski Feliksa Pomorskiego i zaczęła stosować jego receptury. Do swoich cukierków dodaje, tak jak radził, dużo mleka. "To ma być krówka mleczna" tłumaczy. "Chodziło mi o to, żeby ktoś powiedział: <To jest smak mojej młodości!> albo: <Babcia mi mówiła, jakie to było kiedyś dobre, i pani robi krówki jak tamte ciągutki>.

Zakład Konstancji znajduje się na końcu Milanówka, na granicy z Grodziskiem Mazowieckim. W jednym pomieszczeniu krówki się gotuje, w drugim chłodzi. Przy dużym stole siedzi kilka kobiet i zawija cukierki w różnokolorowe papierki. Codziennie z zakładu wyjeżdża ok. 500 kg krówek.

Cukierek przyjaźni

Powróciła do tradycji zapraszania do zakładu szkół. Wkrótce przyjeżdżają przedszkolaki z Warszawy. Zamówiła im małe fartuchy. "Będą zwiedzać zakład uśmiechnięte" -planuje. "Na jedną z jej córek" - Anię, która rozdaje dzieciom krówki, wszyscy mówią „Krówka”. Kiedyś chciałaby przejąć firmę. Zdziwiła się, gdy mama powiedziała jej, że zacznie od zamiatania, jak kiedyś Feliks Pomorski. "Trzeba najpierw samemu przez wszystko przejść, żeby wiedzieć, czego od ludzi wymagać" - mówi Konstancja.

Do drugiej córki Ewy, która uczy się w szkole baletowej, mówi w żartach: "Ewa, bierz do szkoły krówki, wykończysz konkurencję!"

Ania z Ewą często zabierają krówki do szkoły. Cukierki pomagają się zaprzyjaźnić. Wiedzą, tak jak mama, że jeśli się poczęstuje ciągutką, można się poczuć tak, jakby nagle wyszło słońce. Ludzie się uśmiechają i stają się bardziej rozmowni. "Na razie moje dziewczyny się uczą. Mają zdolności artystyczne: tańczą, śpiewają. Powtarzam im, że bardzo ważna jest znajomość języków, bo daje wolność. Chciałabym, żeby jej miały dużo, ale o krówkach też myślały. Bo kto je będzie potem robił?"

Twarda, a w środku łezka

Siedzimy w Milanówku w domu Konstancji. Na stole cukierki z nazwami dużych koncernów – jeżdżą na imprezy firmowe w korporacjach, na konferencje i seminaria. Jej krówki z nadrukiem herbu burmistrz Milanówka wozi na międzynarodowe spotkania, reprezentują więc miasto, a 11 listopada i 3 maja w biało-czerwonych papierkach trafiają do Pałacu Prezydenckiego.

"Takiej pasji nie mam do niczego innego" -mówi Konstancja. "Muszę się mocno trzymać tych krówek, bo ja nic innego w życiu nie umiem. O niczym innym tyle nie wiem". Mówi, że dzięki krówkom może też pomagać innym. Wierzy w to, że jeśli się komuś pomoże, to ta dobroć do człowieka wróci. Wspiera wiele imprez i przedsięwzięć organizowanych w Milanówku. W Dzień Dziecka zabiera krówki do wszystkich miejscowych szkół.

>>>Więcej o cukierkach

Ostatnio dostała SMS-a od jednego z prezesów milanowskich stowarzyszeń, z którym współpracuje: "Na kryzys i smutki najlepsze ciągutki". Uwielbia częstować krówkami: "Ludzie mówią: <A to pani od tych krówek z Milanówka? Cała nasza rodzina je uwielbia!>. Od razu robi się przyjemna atmosfera. I każdemu można je podarować, to w końcu tylko cukierki.

Kiedy ludziom krówka smakuje, jest szczęśliwa. Uwielbia, gdy klienci dzwonią i dopytują: "Proszę pani, kiedy te krówki przyjadą? My je tak lubimy, że już nie możemy wytrzymać!”. Prawdziwa krówka ma na zewnątrz twardą konsystencję, pod którą jest ciągnąca się tzw. łezka. Kiedyś jeden z klientów zwrócił jej uwagę. "Proszę pani, te krówki są straszne. Dookoła skorupka, a w środku łezka…" Ona na to: "Wie pan, to największy komplement, jaki kiedykolwiek usłyszałam! Tak właśnie wygląda prawdziwa mleczna ciągutka".

p

Zdjęcia wykonało WhiteSmoke Studio