DGP: Dwa i pół roku temu brexit stał się faktem.

Reklama
Eamonn Butler: A ja głosowałem w referendum „za”.
A więc to pańska wina!
To nie była łatwa decyzja. Członkostwo w Unii miało swoje zalety. W czasach studenckich byłem wręcz europejskim federalistą. Ze względów gospodarczych popierałem wstąpienie do UE i głosowałem za pozostaniem w niej w referendum w 1975 r.
Reklama
Co się przez te pół wieku zmieniło?
UE miała być strukturą gospodarczą, tymczasem stopniowo przeistoczyła się w silną strukturę polityczną. To był problem. Wielka polityka na centralnym, brukselskim szczeblu stawała się coraz ważniejsza dla funkcjonowania członków UE. Czara goryczy przelała się dla mnie za czasów Tony’ego Blaira, który podpisał się pod socjalną legislacją Unii, a Wielka Brytania traciła wpływ na kolejne sfery życia. Oczywiście UE wciąż oferuje spore korzyści, jak choćby wspólny rynek. Dla Anglii sporym ograniczeniem jest to, że nie obejmuje on całości usług, a przecież nasza branża bankowa czy ubezpieczeniowa jest bardzo rozwinięta. Popierałem rozszerzenie zakresu wolnego rynku, ale to się nie udało. W międzyczasie w Brukseli zaczęto mówić o wspólnej europejskiej armii, wspólnym europejskim systemie regulacji technologicznych, wspólnym systemie administracyjnym…
I to się panu - zwolennikowi decentralizacji - nie podobało?
Miałem poczucie, że UE jest projektowana przez obcych dla obcych. Uznałem, że lepiej nam będzie poza nią.