Mniej więcej od czasu piątki dla zwierząt PiS musi się borykać z narastającymi wewnętrznymi napięciami. Klub parlamentarny aktualnie ciągnie w dół sprawa Łukasza Mejzy (którego budzącą wiele wątpliwości działalność biznesową opisała Wirtualna Polska). Nie chodzi tylko o kwestie wizerunkowe, ale też atmosferę w samym klubie czy partii. Działacze nie są zachwyceni sytuacją, gdy wpierw obcy im człowiek otrzymuje stanowisko wiceministra sportu, bo “na nim wisi większość sejmowa”, a potem - gdy na jaw wychodzą niewygodne fakty z jego przeszłości - trwa na stanowisku.

Reklama

Kaczyński niespecjalnie wie, co zrobić z Mejzą

Codziennie jakieś medium donosi o jego rychłej dymisji, ale tak się nie dzieje. Sądząc po medialnych przeciekach z ostatniego posiedzenia klubu PiS, Jarosław Kaczyński niespecjalnie wie, co z Mejzą zrobić. Albo raczej wie, tylko chwilowo nie ma jak. Bo na razie, jak twierdzą nasi rozmówcy z rządu, Mejza jest mu potrzebny przy przegłosowaniu w przyszłym tygodniu ważnych dla PiS kwestii, czyli np. tarczy antyinflacyjnej czy budżetu. Potem, jak słyszymy, na poważnie Mejza powinien zacząć się liczyć z dymisją.

Klub PiS aktualnie ma 228 szabli. Większość w głosowaniach zapewniali mu parlamentarzyści Kukiz’15 (a przynajmniej większość z nich) oraz posłowie niezrzeszeni tacy jak Zbigniew Ajchler i wspomniany wiceminister Łukasz Mejza. Wyrzucenie tego ostatniego z rządu nie musi jeszcze oznaczać utraty większości, ale może jej zagrozić. Wystarczy, że pod nieobecność kilku posłów PiS zacznie przegrywać kluczowe głosowania - na podobnej zasadzie jak opozycja, przez nieobecność kilku posłów, nie wykorzystała kilka dni temu szansy na zablokowanie ustawy o Instytucie Rodziny i Demografii.

Taka sytuacja utrudnia PiS-owi nie tylko forsowanie ważnych dla niego ustaw, ale i bieżące zarządzanie pandemią. To najbardziej ujawniło się przy projekcie ustawy dotyczącej uprawnień pracodawców do sprawdzania certyfikatów covidowych ich pracowników. Działacze PiS przyznają, że to nie jest jakieś przełomowe rozwiązanie w walce z COVID-19, ale mimo to projekt wzbudził na tyle dużo kontrowersji w klubie, że ciągle nie może trafić do Sejmu. W kuluarach słychać jednak głosy, że w przyszłym tygodniu może zostać podjęta próba przeforsowania projektu ustawy, nawet jeśli większości trzeba będzie poszukać poza klubem PiS i jego akolitami. Z politycznego punktu widzenia, to ryzykowna ścieżka. Jeśli regulacja padnie w Sejmie, będzie to porażka obozu rządzącego. A jeśli przejdzie głosami opozycji, na pewno nie poprawi to i tak nie najlepszych nastrojów w klubie PiS.

Reklama

Relacje Polski z UE

Jakby kłopotów było mało, w tym tygodniu przypomniały o sobie zaległe, trochę przykryte innymi, bieżącymi wydarzeniami. Czas pokazał, że w kwestii relacji Polski z UE bliżsi prawdy byli pesymiści. Na Polskę już nałożono rekordowo wysokie kary - pół miliona euro dziennie za Turów i milion euro dziennie za dalsze funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej - a w czwartek kolejny cios wymierzył rzecznik generalny TSUE. W przygotowanej opinii stwierdził, że unijny trybunał powinien oddalić skargi Polski i Węgier na mechanizm warunkowości, uzależniający wypłatę środków unijnych od przestrzegania praworządności. Dla rządu to złowroga wróżba, bo dość często opinie rzeczników generalnych są potem przekuwane w ostateczny wyrok TSUE. Wiele wskazuje na to, że instrument “pieniądze za praworządność” w końcu wejdzie w życie, a manewr Mateusza Morawieckiego i Viktora Orbana, polegający na jego zaskarżeniu, kupił obu rządom jedynie czas, ale nie zagwarantował im nietykalności.

Ze strony UE słychać sygnały, że chodzi przede wszystkim o zapobieżenie defraudacji środków unijnych. I tu Polska nie ma się czego obawiać, bo w tej materii bardzo często jesteśmy w Europie wskazywani jako wzór. Gorzej, że UE - jak sugerują nasi rozmówcy z obozu rządzącego - może przyjąć interpretację rozszerzającą. Sam rzecznik generalny w wydanej opinii pisze, że rozporządzenie praworządnościowe “dotyczy jedynie naruszenia przez państwo członkowskie zasad państwa prawnego wpływającego lub stwarzającego poważne ryzyko wpłynięcia, w sposób bezpośredni, na należyte zarządzanie finansami w ramach budżetu Unii lub na ochronę jej interesów finansowych”.

Obawa PiS sprowadza się do tego, że choćby spór dotyczący reformy polskiego sądownictwa łatwo będzie podpiąć pod “poważne ryzyko”. Wszak Komisja Europejska przy negocjacjach kluczowych dla nas dokumentów, warunkujących wydawanie eurofunduszy w kolejnych latach, zarzuca nam “pogorszenie klimatu inwestycyjnego” związanego z turbulencjami w polskich sądach. Stąd już tylko krok od zarzutu, że unijne środki i ich beneficjenci w Polsce mogą być zagrożeni, bo są pozbawieni rzetelnej ochrony prawnej. Tylko z drugiej strony, czy to dziwne podejście ze strony UE, skoro polski trybunał konstytucyjny wydaje zakresowe wyroki, które w praktyce mogą dać rządowi pretekst do respektowania tylko wybranych wyroków TSUE?

Dlaczego KE odpuściła Niemcom, a nam nie?

Pikanterii sprawie dodaje fakt, że w mijającym tygodniu Komisja Europejska zdecydowała, że zamyka procedurę naruszeniową przeciwko Niemcom w sprawie prymatu prawa europejskiego (w związku z wyrokiem tamtejszego trybunału z maja 2020 r., na który bardzo często powołują się ziobryści, broniąc wyroku polskiego TK). Dlaczego KE odpuściła Niemcom, a nam nie? Bo nasi sąsiedzi zza Odry zapewnili, że uznają ”zasady autonomii, pierwszeństwa, skuteczności i jednolitego stosowania prawa unijnego oraz wartości określone w art. 2 Traktatu, w tym w szczególności praworządności”. Podobne deklaracje - czy to ze strony KE, czy naszej - to marzenie ściętej głowy. Sprawy zaszły już za daleko - do października br. wydano ok. 2,5 mln wyroków przez 1,5 sędziów i asesorów z nadania nowej, kontestowanej przez Unię nową KRS, a obóz rządzący sam nie może się zdecydować, jaki kurs obrać wobec Brukseli. Czy ma być twardy - jak chcą ziobryści, czy może powinna się zacząć jakaś polityka ustępstw i kompromisów - do czego zdaje się dążyć premier i jego otoczenie?

KPO i UP

Mało optymistycznie nastraja też to, co dzieje się wokół Krajowego Planu Odbudowy (KPO) i Umowy Partnerstwa (UP). Pierwszy dokument zakłada pozyskanie przez nasz kraj 24 mld euro grantów i 12 mld euro pożyczek z unijnego funduszu odbudowy. Niestety negocjacje od wakacji ugrzęzły w miejscu, a Polska może stać się jednym z ostatnich państw członkowskich, do których napłyną pieniądze mające wspomóc gospodarkę po covidowym szoku. Na razie gra toczy się o to, by uzyskać zgodę Brukseli na wypłatę 4,7 mld euro tegorocznej zaliczki. Jeśli to się nie uda, trzeba będzie czekać na bieżące płatności w przyszłym roku. Szansę na zaliczkę maleją z każdym dniem, choć niektórzy w rządzie liczą na to, że decyzja w tej sprawie zapadnie nawet pod koniec grudnia, a pieniądze pojawią się styczniu czy lutym (to mało prawdopodobne o tyle, że po pozytywnej opinii KE dokument musi zatwierdzić Rada, która ma na to cztery tygodnie).

PiS mimo to cały czas jest przekonany, że środki z KPO prędzej czy później i tak dostaniemy, choćby dlatego, że jesteśmy jednym z państw członkowskich, które poręczyły pożyczki w ramach funduszu odbudowy. Ale choćby PiS się dwoił czy troił, czasu nie zatrzyma, a jego upływ w przypadku KPO jest kluczowy, bo pieniądze muszą być rozliczone do sierpnia 2026 roku. Tak więc im później zaczniemy je wydawać, tym trudniej wszystkie będzie skonsumować. O tym, jak głęboko w lesie jesteśmy z KPO, niech świadczy fakt, że KE właśnie zatwierdziła pozytywną, wstępną ocenę wniosku Hiszpanii o płatność w wysokości 10 mld euro dotacji w ramach funduszu odbudowy. To pierwszy taki zatwierdzony wniosek z kraju członkowskiego UE.

Umowa Partnerstwa to jeszcze ważniejszy dokument, bo dotyczy wydatkowania 76 mld euro m.in. w ramach polityki spójności w latach 2021-2027. Ten jeszcze nawet nie trafił do formalnych negocjacji z KE, a już są schody, bo - jak pisaliśmy w DGP - na etapie roboczego dialogu brukselscy urzędnicy mieli sporo uwag dotyczących gwarancji dla osób LGBT, niezależności sądownictwa czy za mało ambitnych celów dotyczących transformacji energetycznej. Plus jest jednak taki, że tu czas nie odgrywa tak ważnej roli jak przy KPO, bo pieniądze można będzie rozliczać jeszcze przez jakiś czas po zakończeniu nowej unijnej perspektywy.

Rok 2022 może być dla PiS w pewnym sensie przełomowy. To wtedy okaże się, czy dyscyplina w partii jeszcze istnieje, czy boje toczone z UE miały jakikolwiek sens, czy nadejdzie odbicie sondażowe i wreszcie - czy prezes wcześniejszymi wyborami tylko straszył.