Europoseł PiS pytany przez tygodnik, "jak nazwać zachowanie wybranych w Polsce posłów do Parlamentu Europejskiego, którzy domagali się od niemieckiej szefowej Komisji Europejskiej bezprawnego karania naszego kraju", odparł: To określe­nie znamy od dawna: targowica.

Reklama

Jak wyjaśnił, "stosuję je do syndromu istniejącego w polskim społeczeństwie od I Rzeczypospolitej - domaga­nia się przez wpływowe grupy, by władza w Polsce została przejęta przez podmioty zewnętrzne, które w domniemaniu są sprawniejsze, mądrzejsze, lepsze". Nie sądziłem, że takie postawy po­jawią się w takim nasileniu i tak szybko po naszym rozstaniu z ko­munizmem. Minęły raptem trzy dekady, a już słyszymy żądania, by polski rząd został de facto ska­sowany i by zajęli się nami inni. My zaś będziemy się im podlizywać i grzać ich blaskiem. Smutne - dodał.

Według niego, "dla części polskich elit Unia to upragniony, zewnętrzny suweren, który ucieleś­nia postęp, dobrobyt, cywilizację, oświecenie i Zachód". Mówią, że im bardziej się w Unię wtopimy, tym bardziej Polska się wzmocni. Innymi słowy: im bardziej się poddamy, tym będziemy bardziej autonomiczni. To nowa dialektyka europejska, która zastąpiła starą marksistowską - powiedział.

Na uwagę, że szef Europejskiej Partii Ludowej w europarlamencie Manfred Weber, "kordialnie dziękował szefowi PO Donaldowi Tuskowi za prounijną demonstrację z 10 października" (zorganizowaną w reakcji na wyrok TK, który uznał, że niektóre przepisy prawa UE są niezgodne z polską konstytucją), prof. Legutko odparł, że "Tusk i jego koledzy są w stanie zdobyć wyłącznie poparcie polityczne prze­ciw rządowi, a nie są w stanie zdobyć niczego na rzecz polskiego państwa".

Weźmy sprawy Nord Stream 2, pracowników delegowanych, czy wiele innych. Tutaj są impotentni. Scenariusz jest zawsze taki sam: nasza opozycja prosi o wsparcie w polskim sporze wewnętrznym, a przedstawiciele EPP czy socjalistów wyciągają serce na dłoni, deklarują, że nie zostawią Polski na pastwę PiS i głośno chwalą swoich polskich przyjaciół. Opozycja zadowala się najtańszą monetą – pub­licznymi pochwałami. Na więcej jej nie stać - przekonywał.

Po uwadze, że prezes PiS Jarosław Kaczyński w rozmowie z tygodnikiem "Sieci" podkreślał, że ataków Brukseli na Polskę nie można analizować bez pytania o wpływy Rosji w Europie, prof. Legutko został zapytany, "ile dziś znaczy Putin w Europie".

Reklama

Europoseł PiS ocenił, że "cała Europa Zachodnia jest de facto prorosyjska". I to od lewa do prawa, naprawdę trudno znaleźć jakąś partię, która byłaby wobec Rosji krytyczna. Analizujmy konkrety: jakie są wprowadzane sankcje, jak politycy reagują na aneksję Krymu, polityczne zabójstwa czy porwania? Na po­czątku jest pewne wzmożenie, ale ono szybko ustaje, bo dociera do nich, że z tą Rosją trzeba jednak jakoś żyć - zaznaczył.

"Putin jest bliższy sercu europosła, niż Kaczyński"

Jak dodał, "+Klub Przyja­ciół Rosji+ w europarlamencie ma się świetnie". Czasem ktoś powie, że Putin jest tyranem. Ale na słowach się kończy. Fakty są takie, że ten nie­lubiany Władimir Putin i tak jest bliższy sercu polityka europejskiego, niż np. Jarosław Kaczyński - posumował prof. Legutko.