Wynagrodzenia rosną w Polsce w tempie bliskim historycznych rekordów. GUS podaje, że w sierpniu przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 9,5 proc. r/r i wyniosło 5843 zł. Obóz władzy może się chwalić: Polska się rozwija, a Polacy bogacą, i to mimo pandemii! A także bagatelizować rosnącą inflację. Wyniosła wprawdzie w sierpniu 5,5 proc., ale skoro średnie wynagrodzenie wzrosło o niemal 10 proc., to w czym problem? Jak przekonuje premier Morawiecki, oznacza to po prostu, że możemy kupić dwa razy więcej. A będzie jeszcze lepiej, bo rząd od przyszłego roku podniesie pensję minimalną. Gdyby słuchać tylko mediów związanych z władzą, można by dojść do wniosku, że za wzrostem naszych wynagrodzeń stoją rząd oraz bank centralny, który dzielnie utrzymuje stopy procentowe na niskim poziomie.
Z tym wszystkim jest jeden problem: w długim terminie jedynym zdrowym motorem wzrostu płac jest nie rządowy dekret czy luźna polityka pieniężna, lecz produktywność pracy. A ona – chociaż przez ostatnie dekady bardzo szybko w Polsce rosła – od wybuchu pandemii niestety zaczęła spadać. Jeśli nie dogoni wzrostu płac, będziemy mieli poważny problem.
Publicysta ekonomiczny Dziennika Gazety Prawnej, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute, absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim oraz Podyplomowego Studium Systemu Finansowego i Polityki Monetarnej PAN. W przeszłości jego artykuły ukazywały się na łamach tygodników „Wprost” oraz „Newsweek”. Zdobywca wyróżnienia w XV edycji konkursu im. Władysława Grabskiego za pracę z dziedziny polityki pieniężnej. W 2017 r. został laureatem Nagrody Centrum im. Adama Smitha im. Krzysztofa Dzierżawskiego za „promowanie wolności i zdrowego rozsądku.” Poza pracą dziennikarską, jest także wokalistą heavymetalowego zespołu Scream Maker, z którym wydał 5 płyt i zagrał ponad 400 koncertów, w tym 6 tras w Chinach.