Nie ma niezależnego dziennikarstwa bez pieniędzy. Grupki fascynatów, choćby składające się z fantastycznych ludzi, mogą ujawnić jedną setną nieprawidłowości występujących w państwie. Co więcej, w pewnym momencie życia ludzie zaczynają myśleć o pieniądzach: wkładzie własnym potrzebnym do zaciągnięcia kredytu hipotecznego, wakacjach, odłożeniu pieniędzy na studia dzieci. Nie da się więc kontrolować rządzących na pół gwizdka, w ramach wolontariatu.

Reklama

Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że polskie dziennikarstwo jest - niestety - nie najlepsze. A dzieje się tak w znacznej mierze przez to, że polscy wydawcy są biedni. W efekcie w mało której redakcji dziennikarze mogą pozwolić sobie na komfort pracowania przez kilka dni nad jednym tekstem. Wszelkie wyjazdy służbowe są ograniczane do minimum. A do rangi wyjątkowej szczodrości wydawcy urasta to, by dziennikarze mieli dostęp nie tylko do treści wyprodukowanych przez gazetę bądź portal, w którym pracują, lecz także do materiałów konkurencji, za które trzeba zapłacić. Ciut lepiej jest w mediach ogólnopolskich, ale także w tych warunki pracy odbiegają znacznie od tego, co było standardem rynkowym jeszcze 15 lat temu.

Byłem zresztą na przestrzeni ostatnich lat kilka razy pytany o to, co moim zdaniem jest największym kłopotem polskiego dziennikarstwa. Za każdym razem odpowiadałem to samo: pieniądze. A właściwie ich brak.

Teraz zaś Prawo i Sprawiedliwość chce nałożyć na wydawców podatek medialny (danina od publikowanych reklam). Jest on "sprzedawany" politycznie jako rozwiązanie, które rzekomo zapewni równość szans na rynku mediów. Politycy PiS-u przekonują również, że chodzi o opodatkowanie cyfrowych gigantów. Ale prawda jest taka, że wcale o to nie chodzi. Konstrukcja podatku powoduje, że uderzy on najbardziej w media nieduże i polskie.

"Według szacunków, firmy określane przez rząd jako >>globalni cyfrowi giganci<< zapłacą z tytułu wspomnianego haraczu zaledwie ok. 50 - 100 mln zł w porównaniu do 800 mln zł, jakie zapłacą pozostałe aktywne lokalnie media" - wskazano w oświadczeniu podpisanym przez większość działających w Polsce wydawców.

Nie mam żadnych wątpliwości, że władzy właśnie o to chodzi; że nie doszło do żadnej pomyłki, błędu w wyliczeniach. Nazywajmy rzeczy po imieniu: rządzący chcą wyciąć w pień media, które nie są na polityczne zawołanie. Z jednej strony ze Skarbu Państwa hojnie dotowani są prorządowi nadawcy ubrani w szaty mediów publicznych. Z drugiej - nałożony zostanie nowy podatek na prywatne podmioty. Efekt łatwo przewidzieć: propaganda będzie funkcjonowała nadal, a ci, którzy do tej pory kontrolowali władzę - bardziej lub mniej udolnie - będą mieli kłopot. Nietknięci pozostaną ci, którzy kontrolują od wielu lat opozycję i ujawniają afery dotyczące ludzi, których wpływ na rzeczywistość jest bliski zeru. I jakkolwiek godne potępienia są wszelkie patologie, to zadaniem dziennikarzy powinno być przede wszystkim kontrolowanie tych, którzy rządzą. A bezstronność i rzetelność nakazuje po prostu nie patrzeć na to, czy akurat u władzy jest opcja, do której dziennikarzowi prywatnie jest bliżej, czy też ta, do której mu dalej.

Dla jasności: nie, duże telewizje, największe gazety czy portale internetowe nie padną. Poupadają ci mniejsi. U średniaków i dużych po prostu część załogi zostanie zwolniona, a innym właściciele każą się pisać po cztery teksty dziennie, a nie po dwa. Jak to wpłynie na jakość tego paradziennikarstwa - nie trzeba mówić.

Przyjęło się w Polsce, że media rzadko kiedy występują w swoim interesie. Niektórym wydaje się, że nie wypada. Także wielu odbiorców myśli od razu: "a, bronią siebie i swoich interesów".

Prawda jest jednak taka - a ci, co mnie znają i czytają, wiedzą, że zazwyczaj unikam patosu - iż uderzenie w niezależne od władzy dziennikarstwo, to pozbywanie się demokratycznych systemowych bezpieczników. A zostało ich już mało.