Wybuch pandemii i związany z tym gwałtowny wzrost ryzyka spowodował wiosną zaostrzenie wymogów, jakie banki stawiają klientom ubiegającym się o kredyt mieszkaniowy. Przede wszystkim wzrósł tzw. wkład własny, czyli kwota, jaką klient musi wysupłać z własnej kieszeni na zakup mieszkania. O ile jeszcze na początku roku standardem był 10-proc. wkład własny, o tyle na początku kryzysu covidowego wiele banków zażądało nawet 30-procentowego. Do tego przestały zaliczać do zdolności kredytowej niektóre źródła dochodów – np. uzyskiwanych z pracy na umowach cywilnoprawnych. Banki zwiększyły też swoje prowizje, ale akurat ta zmiana była (i jest) niwelowana przez spadek stóp procentowych do rekordowo niskiego poziomu.
Eksperci rynku mieszkaniowego, z którymi rozmawialiśmy, zwracają jednak uwagę, że od kilku tygodni polityka banków łagodnieje.
– mówi Bartosz Turek, analityk firmy HRE Investments. Dodaje, że bankowcy traktują wkład własny jako poduszkę bezpieczeństwa na wypadek, gdyby wartość nieruchomości poszła w dół. Teraz, przynajmniej wśród największych banków, nowym standardem jest wkład 20-procentowy, ale też zdarzają się banki, które wymagają 10-procentowego.
– podkreśla Bartosz Turek.
Podobne obserwacje ma Jarosław Sadowski z firmy Expander, która m.in. pośredniczy w udzielaniu kredytów hipotecznych. Zmiany wymogów, do jakich dziś dochodzi w sektorze bankowym, nazywa punktowymi. I zwraca uwagę, że nadal panuje zasada "coś za coś” – za niższy wkład własny klienci mogą zapłacić wyższą prowizją.
– mówi Jarosław Sadowski. A zmiany są "punktowe”, bo na około 20 banków, które Expander ma w swojej ofercie, dokonała ich zaledwie jedna piąta. Zdaniem analityka odpowiedź na pytanie, czy dziś łatwo o kredyt mieszkaniowy, nie jest prosta. Bo z jednej strony jest on rekordowo tani, ale z drugiej niektórzy nadal mają do niego zamkniętą drogę. Wkład własny to jedno, druga sprawa to rodzaj dochodów, jaki bank akceptuje przy wyliczaniu zdolności kredytowej. W tym obszarze zmiany zachodzą powoli.
– ocenia analityk Expandera.
Potwierdza to Bartosz Turek. Jak mówi, są już pierwsze sygnały, że banki akceptują dochody z działalności gospodarczej, choć rzeczywiście nie na każdy jej segment patrzą jednakowo. Przede wszystkim analizują, czy w czasie lockdownu wystąpił spadek przychodów i jak bardzo był głęboki. Jeśli był, prawdopodobnie pogorszy wyliczaną zdolność kredytową.
– mówi Bartosz Turek.
Z jeszcze większymi oporami uznawane są dochody z tzw. umów śmieciowych. Z ankiet, które wśród banków prowadził HRE Investments, wynika, że zaledwie dwa (na 11 pytanych) deklarują udzielenie kredytu osobie z dochodami z umowy cywilnoprawnej, dwa kolejne mówią o indywidualnym podejściu.
To, czy poluzowanie polityki kredytowej będzie nadal postępować, zależy przede wszystkim od tego, w jakim stanie będzie gospodarka i jak będzie się rozwijała pandemia. Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że banki nie mogą zupełnie odpuścić kredytowania nieruchomości.
– mówi Jarosław Sadowski.
Na razie jednak spada. Według opublikowanych wczoraj danych Biura Informacji Kredytowej w sierpniu banki udzieliły o ponad 21 proc. mniej kredytów na zakup mieszkań niż rok temu.
Prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK mówi, że obecny trend na rynku kredytów mieszkaniowych przypomina literę K. Lewe ramię oznacza duże spadki zarówno popytu, jak i akcji kredytowej (podaży) podczas lockdownu w marcu i w kwietniu. Prawe górne pokazuje wyraźną odbudowę popytu, w sierpniu był on pod względem wartości składanych wniosków tylko o 3,1 procent niższy niż przed rokiem. Ale jednocześnie nadal mamy spadek akcji kredytowej, bo podaż się nie odbudowuje, w sierpniu nastąpił spadek liczby wniosków o 21,5 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem, a pod względem wartości o 20,3 proc.
– mówi Waldemar Rogowski.
Banki rozluźniają wymagania, ale sprzedaż kredytów mieszkaniowych nadal niższa niż rok temu