Słowa te padły z ust zasiadającego w komisji budżetowej wiceszefa największej w Parlamencie Europejskim frakcji Europejskiej Partii Ludowej (EPL) na nieco ponad dwa tygodnie przed nadzwyczajnym szczytem UE na temat budżetu.

Reklama

Parlament Europejski jeszcze w poprzedniej kadencji przyjął stanowisko, w którym domaga się, by budżet UE na lata 2021-2027 wynosił 1,3 proc. połączonego dochodu narodowego brutto (DNB) państw członkowskich. Po wyborach do Parlamentu Europejskiego to stanowisko zostało potwierdzone przez izbę w nowym składzie.

Jednak państwa członkowskie w Radzie UE niespecjalnie się tym przejmują. Zeszłoroczna "kompromisowa" propozycja przygotowana przez fińską prezydencję, który wynosiła 1,07 proc. DNB była niższa nie tylko od tego, czego chciał PE, ale też od tego, co zaproponowała KE (1,11 proc. DNB).

Jeśli Rada uważa, że propozycja KE jest górnym limitem i na końcu będzie chciała wylądować gdzieś niżej niż te 1,11 DNB, to mówię bardzo jasno, że nie można brać za pewnik poparcia PE - powiedział niewielkiej grupie dziennikarzy, w tym PAP, Muresan.

Choć wydawać by się mogło, że różnica między 1,11 proc. DBN, a 1,3 jest niewielka w rzeczywistości chodzi o ogromne sumy. Propozycja KE (1,11 DNB) to 1 134 583 mln euro, z kolei stanowisko PE (1,3 proc. DNB) to 1 324 089 mln euro. Różnica wynosi 189 506 mln euro, lub 16,7 proc.

Finansowanie polityki spójności i wspólnej polityki rolnej powinno być na tym samym poziomie co obecnie. Nie powinno być mniej, ani więcej środków na te cele - podkreślił Muresan.

Takie same stanowisko ma 17 krajów z grupy przyjaciół polityki spójności, które spotkały się w miniony weekend w Portugalii. Zarówno te państwa, wśród których jest Polska, jak i PE argumentują, że na nowe priorytety, takie jak np. wzmocniona ochrona granic, czy zarządzanie migracją potrzeba dodatkowych pieniędzy.

Zgadzamy się z krajami przyjaciółmi polityki spójności, że potrzeba mocniejszego budżetu, ale trzeba też jaśniej zdefiniowanych priorytetów, jeśli chodzi o wydatki na cele klimatyczne - powiedział we wtorek dziennikarzom europoseł Zielonych Rasmus Andresen.

Choć państw domagających się mniejszych wydatków jest mniej, są one jednocześnie silniejsze, choćby ze względu na to, że to one są płatnikami netto do budżetu, co oznacza, że więcej do niego dopłacają niż z niego wyciągają.

Państwa te proponują, by limit wydatków na kolejne siedem lat wynosił 1 proc. Dochodu Narodowego Brutto 27 krajów UE. Opinia publiczna w tych krajach kwestionuje wydatkowanie środków z kasy UE. Z tego powodu wywiera presję na rządy, a rządy tych krajów - Szwecji, Danii, Austrii, Holandii i Niemiec - siadają do negocjacji z takim stanowiskiem - powiedział Muresan.

W Parlamencie Europejskim, który współdecyduje o kształcie wieloletnich ram finansowych, nie brak głosów, że prawie dwa lata, jakie minęły od przedstawienia przez KE wyjściowej propozycji budżetowej, zostały zmarnowane jeśli chodzi o zbliżenie stanowisk.

Donald Tusk (jako szef Rady Europejskiej - PAP) nie zrobił nic, żeby uczynić wieloletnie ramy finansowe priorytetem - ocenił Andresen z frakcji Zielonych.

Choć nowy szef Rady Europejskiej Charles Michel zintensyfikował w ostatnim czasie rozmowy z państwami członkowskimi wiara w to, że kompromis w sprawie budżetu uda się zawrzeć, już teraz jest niewielka. Utrudniają to zresztą same kraje UE, które usztywniają swoje stanowiska. Zrobił tak choćby duński parlament, którzy zobowiązał swój rząd do trzymania się limitu 1 proc. DNB.

Zdaniem Muresana należy brać pod uwagę, że porozumienia nie będzie i, co za tym idzie, trzeba się do tego przygotować. Jak zaznaczył, jeśli w czasie prezydencji chorwackiej nie będzie kompromisu, należy wdrożyć plan awaryjny, by po zakończeniu 2020 r. i tym samym obecnej perspektywy finansowej, UE mogła kontynuować realizację programów. Przygotowania w PE w tym kierunku już się zaczęły.

Reklama