Zgodnie z obowiązującymi od września zeszłego roku regulacjami ministrowie rządu Beaty Szydło mieli najpóźniej do czasu odbycia walnego zgromadzenia akcjonariuszy – podsumowującego dokonania podległych im spółek w 2016 r. – wprowadzić nowe zasady wynagradzania członków zarządów i rad nadzorczych. Ten termin upłynął 30 czerwca. Do tego czasu budzące najwięcej emocji pensje prezesów, zbyt wysokie według PiS w czasach koalicji PO-PSL, miały zostać ograniczone. Nie wszystkie firmy zdążyły wprowadzić te regulacje.
Nie zrobił tego największy krajowy ubezpieczyciel. Walne zgromadzenie akcjonariuszy, które miało podjąć decyzje w tej sprawie, zebrało się już w połowie stycznia. Ale udało się podjąć tylko jedną uchwałę – o trwającej trzy tygodnie przerwie. Walne dokończyło obrady na początku lutego. I wyznaczyło miesięczne wynagrodzenie członka zarządu w przedziale od 7-krotności do 15-krotności pensji w sektorze przedsiębiorstw. Oznacza to, że maksymalna stała część pensji, której wysokość dla każdego członka zarządu ustalić ma rada nadzorcza, może sięgnąć 66 tys. zł.
Przed dwoma tygodniami wiceprezes Małgorzata Sadurska, której czerwcowy transfer z pozycji szefa Kancelarii Prezydenta na wiceprezesa PZU stał się głośny m.in. ze względu na 90 tys. zł wynagrodzenia – deklarowała, że nie będzie pobierać apanaży, dopóki w spółce nie wejdą przepisy nowej ustawy kominowej.
Reklama
– Zgodnie z uchwałą NWZ PZU z 8 lutego 2017 r. w sprawie zasad kształtowania wynagrodzeń członków zarządu, zmienioną uchwałą ZWZ PZU z 29 czerwca 2017 r., w PZU SA został zakończony proces wdrażania nowych zasad wynagradzania – informuje Marek Baran, dyrektor biura komunikacji korporacyjnej.
Menedżerom przysługuje także roczna premia. Wynagrodzenie dodatkowe, uzależnione od zrealizowania celów wyznaczonych przez radę nadzorczą, nie może przekraczać podstawowych zarobków. To regulacje typowe pod rządami nowej ustawy, która wysokość wynagrodzenia uzależnia od przychodów firmy, jej aktywów i liczby zatrudnionych pracowników. Zgodnie z tymi kryteriami członkowie zarządu PZU znaleźli się w grupie najlepiej wynagradzanych menedżerów spółek kontrolowanych przez państwo. Teoretycznie zakres dochodów jest bardzo szeroki. Mogą zarabiać od 370 tys. zł rocznie ("goła", najniższa pensja) do niemal 1,6 mln zł (maksymalne wynagrodzenie zasadnicze plus maksymalna premia).
Można przypuszczać, że będzie to blisko górnej granicy przedziału. Michał Krupiński, który został prezesem w styczniu zeszłego roku, otrzymał ze spółki w 2016 r. 1,4 mln zł. To wynagrodzenie zasadnicze (nie dostał żadnej premii), co oznacza, że miesięcznie miał do dyspozycji ok. 120 tys. zł. Andrzej Klesyk, szef PZU w latach 2007–2015, dostawał 150 tys. zł miesięcznie. Paweł Surówka, prezes firmy od kwietnia, będzie mógł się zbliżyć do takich dochodów jedynie w najbardziej korzystnym dla siebie scenariuszu.
PZU nowych regulacji dotyczących wynagrodzeń menedżerów nie wprowadziło w Aliorze i Pekao – dwóch bankach, nad którymi przejęło kontrolę w ramach repolonizacji sektora bankowego. Teoretycznie ustawa tego nie nakazuje, bo dotyczy tylko "sposobu wykonywania uprawnień z akcji przysługujących Skarbowi Państwa jednostkom samorządu terytorialnego, państwowym osobom prawnym i komunalnym osobom prawnym". To na tej grupie podmiotów spoczywa obowiązek przegłosowania (lub przynajmniej podjęcie takiej próby) stosowanych uchwał regulujących wynagrodzenia menedżerów. W uproszczeniu – dotyczy spółek kontrolowanych przez państwo, ale już nie ich grup kapitałowych. Mimo tego wszystkie firmy, które odpowiedziały na nasze pytania, zadeklarowały, że także w ich spółkach córkach nowe zasady już zostały wprowadzone lub stanie się to niebawem. Ale na razie nie w grupie PZU.
Dzięki temu przed ograniczeniami ustawy kominowej wciąż umyka Michał Krupiński. Kojarzony politycznie z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą menedżer – po niespodziewanym odwołaniu w marcu z funkcji prezesa PZU – w czerwcu został szefem Pekao. Luigi Lovaglio, którego zastąpił, zarabiał około 360 tys. zł miesięcznie. Tyle drugi co do wielkości bank płacił prezesowi, kiedy jego głównym udziałowcem była włoska grupa UniCredit.
Dla porównania zasadnicze wynagrodzenie prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełły było o 55 proc. niższe od apanaży Lovaglia. Teraz jednak szef największego krajowego banku musiał się pogodzić z obniżką pensji o 60 proc., bo PKO BP już wdrożył regulacje związane z nową ustawą kominową.
Ale nie tylko dla Jagiełły zmiana jest bolesna finansowo. W zeszłym roku Wojciech Jasiński, od grudnia 2015 r. prezes PKN Orlen, zarobił 1,7 mln zł. Teraz jednak Jasiński spadnie półkę niżej i będzie mógł zarobić maksymalnie 1,6 mln zł rocznie.
Nie dla wszystkich prezesów nowe regulacje oznaczać będą istotną obniżkę zarobków. Na przykład Henryk Baranowski, szef PGE, już w momencie objęcia funkcji w marcu zeszłego roku zgodził się zarabiać ok. 70 tys. zł miesięcznie. Poprzedniemu szefowi, Markowi Woszczykowi, największa firma energetyczna w kraju płaciła niemal dwa razy więcej. Baranowski miał pensję o połowę niższą od Jasieńskiego, mimo że PKN Orlen i PGE podlegają temu samemu resortowi energii, kierowanemu przez Krzysztofa Tchórzewskiego.
– Wysokie zarobki są zachętą dla menedżerów do podejmowania ryzyka i walki o jak najlepszy wynik firmy. Jeśli takiej zachęty nie ma, a jednocześnie członkowie zarządów państwowych spółek z czasów poprzedniej koalicji mają dziś kłopoty, bo podejmowali w przeszłości odważne decyzje, to sygnał jest jasny – opłaca się jedynie trwać. Zrobienie czegoś więcej może być bardzo ryzykowne, a to oznacza, że państwowe firmy nie będą się rozwijać – zwraca uwagę Adam Ruciński, prezes firmy doradczej BTFG Business Consulting.